piątek, 28 grudnia 2012

Pijaka światy pozorne

Hans Fallada miał na koncie uzależnienie od alkoholu i morfiny, liczne próby samobójcze, pobyty w zakładach psychiatrycznych i więzieniach, krótkotrwały romans z nazizmem, a nawet usiłowanie zabójstwa żony. Połączenie takiego życiorysu z ogromnym talentem pisarskim musiało zaowocować czymś nadzwyczajnym. „Pijak”, wydany po raz pierwszy w 1944 roku, to najbardziej autobiograficzna powieść Fallady. Pozornie banalna: ot, kolejne studium alkoholizmu. Prawdziwa problematyka tej znakomitej książki jest jednak dużo bardziej skomplikowana.

Główny bohater, Erwin Sommer, to niczym nie wyróżniający się hurtownik. Żyje spokojnie, nikomu się nie narzuca, stara się robić swoje. Po kłótni z żoną sięga po kieliszek i od tego momentu wszystko zaczyna się sypać. Sommer częściej kłamie, coraz więcej pije, trwoni wspólne pieniądze, zakład pracy doprowadza do ruiny. W końcu próbuje zamordować żonę, przez co trafia do więzienia, a następnie do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.

Alkoholowy wątek „Pijaka” jest przerażający, bo wiąże się z całkowitym moralnym upadkiem głównego bohatera. Jako czytelnicy nie współczujemy Sommerowi, który nie wykazuje żadnej chęci poprawy. Można powiedzieć, że w jego przypadku mamy wręcz do czynienia z alkoholizmem kompletnym. I chociaż łatwo sobie wyobrazić sytuacje, w których Erwin mógłby stanąć na własnych nogach, to ciągle mu coś przeszkadza, wszyscy dookoła knują przeciwko niemu, a zły los nie pozwala podjąć żadnego twórczego działania.

Tym, co odróżnia powieść Fallady od innych studiów uzależnienia, jest jej osadzenie w nazistowskiej rzeczywistości. Mimo, iż nigdzie nie jest powiedziane wprost, że zakład zamknięty jest przenośnią obozu koncentracyjnego, to takie skojarzenie nasuwa się samo. Szpital psychiatryczny, w którym przebywa Sommer to miejsce jak z kafkowskiego „Procesu”. Nie wiadomo jak postępować, aby zasłużyć sobie na wyjście czy lepsze traktowanie. Przebywa się tam dożywotnio albo wcale. Utrzymanie się na powierzchni wymaga pracy (na przykład przy wyrabianiu szczotek). To miejsce tworzy odrębną rzeczywistość: beznadziejną, przeczącą zdrowemu rozsądkowi, zamkniętą.

„Pijak” jest książką tak realistyczną, że jej czytanie boli. Erwin Sommer jest przecież podkolorowaną wersją samego Fallady, który przeszedł o wiele więcej niż wykreowany przez niego bohater. Jeśli więc chcemy chociaż w małym stopniu zrozumieć, co kierowało życiem tego wybitnego pisarza, sięgnięcie po „Pijaka” jest koniecznością.

Hans Fallada, „Pijak”, przeł. Bogdan Baran, wyd. Czytelnik, Warszawa 2012


sobota, 22 grudnia 2012

Czytelnicze szczęście

Żyjemy w kraju martyrologii. Bohaterowie powstań, papież Polak, ofiary reżimów, bojownicy o wolność naszą i waszą: to są figury, o których nie można i nie wypada myśleć ani mówić źle. Przywykliśmy patrzeć na nich przez pryzmat nadludzki, prawie boski. Zupełnie jakby nie kochali, nie grzeszyli, nie zawodzili. Jakby nie mieli nigdy żadnych wątpliwości, a na przysłowiowe barykady rzucali się z uśmiechem na twarzach i radością w sercu, bo oto giną za Polskę.  Szczepan Twardoch, na przekór ideologicznemu mainstreamowi, w swojej najnowszej powieści „Morfina”, zaprzecza mitowi polskości i bezmyślnego męstwa, stawiając znak zapytania przy stwierdzeniu, że gra była warta świeczki.

Konstanty Willeman to Niemiec  z urodzenia, a Polak z chęci i wychowania. Mieszka w Warszawie razem ze swoją żoną i synem, służył w polskim wojsku. Właśnie zaczęła się niemiecka okupacja. Ale żaden z tych faktów nie definuje Konstantego, bo to tylko warstwa powierzchniowa, która wraz z rozwojem akcji zaczyna się łuszczyć i poznajemy prawdziwe oblicze Willemana. To bon vivant, dziwkarz, morfinista, pijak, niespełniony artysta, przystojniak, cham, „człowiek bez serca , a przede wszystkim dorosłe dziecko szukające swojego odbicia w zachwyconych obliczach innych ludzi. 

Tragedia września 1939 roku sprawia, że cały świat Willemana legnie w gruzach zniszczonej Warszawy. O morfinę coraz trudniej, o dobrą zabawę też. Coś zaczyna się psuć, coś przeszkadzać, jakieś rozterki moralne pojawiają się na horyzoncie sumienia. Przypadkowo Konstanty zostaje wplątany w walkę o wolną Polskę. Niewiele jest w tym jego własnej woli, bo to przecież człowiek niesiony wiatrem wydarzeń, więc dlaczego nie? Może odmieni się zły los, może będzie jeszcze beztrosko i wesoło. 

Tylko, że nie jest. Czytając „Morfinę” od początku zdajemy sobie sprawę, że główny bohater jest jak wyjęty z antycznej tragedii. Na ścieżce dorastania towarzyszą mu duchy przeszłości i głosy z zaświatów, które nim kierują i nie pozwalają podejmować decyzji. Jego światopogląd jest definiowany przez postępowanie matki i ojca, ciagle szepczących mu do ucha swoje racje.  W zasadzie Konstantego Willemana nie ma, on ma siebie dopiero stworzyć. Zdać sobie sprawę z tego, że nigdy nie zaznał miłości ani wolności. Że nigdy tak naprawdę nie był w pełni sobą. Ale czy „czarni bogowie” pozwolą mu na znalezienie sensu?

Szorstka narracja i przeładowanie słowem sprawiają, że psychologiczny obraz bohatera staje się natarczywy. Ale to dobrze, bo Willeman jest postacią-pytaniem, człowiekiem-zagadką, która koniecznie chce się rozwiązać. 

„Morfina” to zdecydowanie jedna z najlepszych książek ostatniego roku. Ja już nie mam wątpliwości, na kogo zagłosuję w XX edycji „Paszportów Polityki”. Gdyby zależało to ode mnie, Twardoch pod choinkę dostałby dożywotni paszport do wszystkich miejsc na świecie. 


Szczepan Twardoch, „Morfina”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Topor w wersji rozszerzonej

Można powiedzieć, że jest jak zwykle u Topora – cechuje go lekkość będąca pretekstem do rozliczania się z wątpliwościami i ukrytymi lękami. Tyle, że w tym wypadku mamy do czynienia z Toporem w wersji rozszerzonej.


Autor Pamiętnika to wybitnie uzdolniony malarz, który doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego talentu. Wcale nie dziwi go zatem, że Gertruda Stein wiesza jego obrazy na honorowym miejscu we własnym salonie, Isadora Duncan tańczy dla niego topless na mrozie, a już krótkie spotkanie z nim inspiruje Georga Orwella do napisania Roku 1984. No dobrze, jest ktoś, kogo nie znał… Marshall McLuhan. Ale to nie przeszkodziło mu przewidzieć kluczowej roli mediów we współczesnym świecie! Był w końcu… prekursorem wszystkiego. Ale to sztuka znalazła się w centrum jego zainteresowań: tworzył nurty i wyznaczał kierunki jej rozwoju – on,  żywy drogowskaz dla innych artystów.



Ktoś o jego statusie może pozwolić sobie na wiele. Na przykład na wstawanie późnym popołudniem i nocne przesiadywanie w knajpach. Trzymanie się jak najdalej od tego, czego nie uważa za sztukę i ciągłe uciekanie przed próbami zaszufladkowania. Zupełnie jak prawdziwy Roland Topor.



Tak, w istocie znajdziemy tu znaczną część poglądów samego Topora. W jego świecie życie i sztuka są nierozerwalną całością, a zacieranie granic między nimi odbywa się gdzieś na granicy szaleństwa. Przebija przez te strony także lęk przed śmiercią, maniakalna wręcz chęć pozostawienia po sobie czegoś namacalnego. I to jest ten Topor bardziej ludzki, nieuwikłany w konwencję albo zrywanie z konwencją.



Nieustanne ścieranie się twórcy ze schematami nie jest przypadkowe. Wynika z nastawienia coraz mniej oczekujących, zblazowanych odbiorców. Pamiętnik to poniekąd akt oskarżenia. Dramatyczne pytanie o to, dlaczego sztuka, której odbiór wymaga intelektualnego zaangażowania, spychana jest na margines, a artysta – by zyskać odrobinę uwagi – musi uciekać się do coraz bardziej kontrowersyjnych metod.



Wreszcie nie sposób nie spojrzeć na Pamiętnik jak na swoistą parodię tego gatunku. Wskazanie, że można napisać właściwie wszystko i podpisać się pod tym jako każdy. To jest po prostu kwintesencja Topora.



(Roland Topor, „Pamiętnik starego pierdoły”, tłum. Ewa Kuczkowska, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2012)

To jest oficjalna recenzja:

środa, 5 grudnia 2012

Wyjść z siebie za wszelką cenę



Dawno nie czytałam książki, w której tak wyraźnie zarysowane byłyby kontrasty. Gdzie tradycja zderza się z nowoczesnością, a ograniczenia wynikające z religii zestawione z europejskim dążeniem do wolności wypadają tak przekonująco.

Czterdziestoletni Mohamed Ben Mokhtar, syn algierskiego imigranta, wstydzi się swojego pochodzenia, więc przestaje być Mohamedem Benem Mokhtarem. Zmienia imię i nazwisko na francuskobrzmiące: Basile Tocquard. Wszystko oczywiście w tajemnicy przed rozmodloną matką i młodszym bratem gorliwie studiującym Koran.

No dobrze, Mohamed też kiedyś był przykładem dobrego muzułmanina, ale to już przeszłość. Teraz jego priorytetem jest wklepywanie kremów wybielających i znalezienie mieszkania – nie istnieje w końcu lepsze miejsce do korzystania z wolności niż własne cztery ściany w ekskluzywnej dzielnicy Paryża. Luksus ma utwierdzić Mohameda (i jego otoczenie) w przekonaniu, że jest pełnowartościowy. A gdyby zdarzyło mu się o tym zapomnieć, wystarczy rzut oka na przedmioty, którymi maniakalnie się otacza.

„Życie seksualne muzułmanina w Paryżu” to powieść o zrywaniu z narzuconą tożsamością i natychmiastowym tworzeniu jej nowych wersji. O pozornym spełnianiu własnych i cudzych oczekiwań oraz budowaniu relacji opartych na iluzji. Wszystko po to, by nie myśleć o własnym wyobcowaniu. Nie dostrzegać, że próby ucieczki przed dyskryminacją nieustannie kompromitują i nie pozwalają do końca zapomnieć ani o tym, kim się jest, ani o wysokiej cenie, jaką trzeba płacić za przynależność do wybranej przez siebie grupy.

W tle tej prozy nieustannie pobrzmiewa pytanie o skrajności. Czy można je w jakiś sposób do siebie przybliżyć i stworzyć tym samym nową jakość, która byłaby akceptowana przez większość? Marouane pisze o tym, co trudne w sposób całkowicie nieprzytłaczający.  Pewnie trochę sztampowo zabrzmi wspomnienie w tym miejscu o ironii i humorze… A jednak ich zastosowanie tylko potęguje niepokój.

Doskonała, przewrotna książka.

(Leïla Marouane, „Życie seksualne muzułmanina w Paryżu”, przeł. Gabriela Hałat, Claroscuro, Warszawa 2012)

To jest oficjalna recenzja:


piątek, 30 listopada 2012

Także dla starszych dorosłych

Książki dla „młodych dorosłych” (ang. young adults) robią na całym świecie niesamowitą furorę, ale ja jestem do tego typu literatury mocno uprzedzona. To oczywiście dobrze, że czytelnictwo wśród młodzieży dzięki nim wzrosło. Tym, co budziło moje wątpliwości, była uboga jakościowo treść prozy spod znaku „Zmierzchu”, czy serii „Gone”.  Powieść Neala Shustermana „Podzieleni” to jednak zupełnie inna historia. 

Kiedy świat ogarnęła Wojna Moralna, ludzie wprowadzili  do konstytucji poprawki noszące nazwę „Karty Życia”. Zabieg ten miał rozwiązać spór między obrońcami życia, a zwolennikami wolnego wyboru. I owszem, nie wolno przerwać ciąży, ale kiedy dziecko skończy trzynaście lat, jego rodzice mogą zdecydować się na aborcję „wsteczną”. W takim przypadku dochodzi do podzielenia, co w praktyce oznacza rozdysponowanie narządów dziecka w celach medycznych. 

Connor i Risa  trochę za bardzo odstawali od społeczeństwa, w związku z czym postanowiono ich podzielić. Lev  miał być złożony w ofierze.  Za sprawą przypadku ta trójka nigdy nie dociera do ośrodka donacyjnego, a dalsza fabuła to opis walki o przeżycie w miejscu, gdzie wszystko jest na odwrót.

Świat wykreowany przez Shustermana to  trochę nietypowa antyutopia. Otoczenie przeraża, ale nie ma tu dyktatury ani wszechobecnego wielkiego brata, nie ma nadzoru i inwigilacji. Dobrze, że autor zdecydował się na użycie narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu mamy okazję obserwować bohaterów bez emocjonalnej nakładki, która byłaby nieunikniona, biorąc pod uwagę ich wiek. Całość podana jest na zimno i z dystansem.  

„Podzieleni” to opowieść o uniwersalnych wartościach. Myślę sobie, że tego typu lektura może, mimo tematyki, pozytywnie wpłynąć na umysł nastoletniego czytelnika. Powiedzmy sobie szczerze, zmuszanie młodych ludzi do czytania „Lalki” nie ma sensu. Ale jest szansa, że jeśli będą czytać dobrą prozę dla „młodych dorosłych”, to może kiedyś jako „dorośli dorośli”, sami po Prusa sięgną.

Neal Shusterman, „Podzieleni”, przeł. Łukasz Dunajski, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2012


piątek, 23 listopada 2012

Chciałabym mieć TAKIEGO dziadka!

James Randi jest dla sceptyków i racjonalistów na całym świecie tym, kim Stephen Hawking jest dla świata fizyki.  Ten osiemdziesięcioczteroletni, niewinnie wyglądający pan, wywołuje ataki panicznego strachu wśród wszelkich wróżek, magów, współczesnych czarownic, homeopatów i głosicieli New Age. Po przejściu na emeryturę zajął się bowiem tropieniem przekrętów w pseudonaukowych, które zagnieździły się w  twierdzeniach szarlatanów,  podających się za autorytety. Fundacja jego imienia przekaże milion dolarów każdemu, kto w naukowych warunkach udowodni zdolności paranormalne.  Ale czek, który Randi nosi przy sobie od kilkudziesięciu lat, raczej szybko nie zostanie spieniężony. Jako były iluzjonista, znający wszystkie triki i metody oszukiwania naiwnych, na pewno wie, co robi.

W książce „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, wydanej w USA w 1982 roku, Randi daje nam wgląd w swoje metody obnażania kłamstw, a każdy rozdział poświęcony jest innemu rodzajowi zjawisk ‘nadprzyrodzonych’.  Poprzez fotografie elfów z początków dwudziestego wieku, po domniemane zdolności Uri Gellera, który był w Stanach bardziej popularny niż Anatolij Kaszpirowski w Polsce, na wszelakiego rodzaju kultach kończąc, mamy okazję zbadania tych, pozornie niewytłumaczalnych, zjawisk.

Okazuje się, że po bliższej analizie, praktycznie każde niewyjaśnione zdarzenie można racjonalnie i naukowo wytłumaczyć. Wielu szarlatanów, obnażonych przez autora, posługuje się bowiem metodami wziętymi wprost ze sceny przedstawienia magicznego. Są w tym tak biegli, że nawet autorytety ze świata nauki dały się zwieść prostym, tanim sztuczkom, których, przy odrobinie wytrwałości, nauczyć się może każdy.

James Randi. żródło: http//www.quickmeme.com
Niektórzy krytycy zarzucają Randiemu złośliwość i wyolbrzymiony upór. W końcu jakie zagrożenie stwarza wiara w jakieś idiotyzmy? Czy ktoś TAK NAPRAWDĘ da się na to nabrać? Otóż da, i to łatwo. Pseudonauka to nie tylko śmieszne hokus pokus telepatów, ale też, jak najbardziej realne, ofiary. Na przykład ludzie, którzy uwierzyli, że homeopaci mogą wyleczyć ich z raka, że zioła to panaceum na AIDS, w końcu, że szczepionki powodują autyzm. Trudno się dziwić, że Randi używa wszelkich dostępnych środków do walki z zabobonem.

Mimo, że od pierwszego wydania książki mija trzydzieści lat, temat jest jak najbardziej aktualny. Kramiki z wróżkami ustawiają się na deptakach nadmorskich kurortów, horoskopy przychodzą smsem, biznesmeni konsultują swoje decyzje z biorytmem, a dzieci w szkołach pytają na fizyce, czy należy się bać nadchodzącej apokalipsy.

Szkoda, że w Polsce jest tak mało publikacji tego typu, bo wnioski wyciągnięte z lektury mogą nauczyć, że w pierwszej kolejności należy wierzyć dowodom i nauce.

James Randi, „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, tłum. Zygmunt Kubasiak, wyd. Pandora Books, Wrocław 1994