Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 października 2012

Miasto, masa, tłum, maszyna

Stany Zjednoczone od początku swojego istnienia stosowały politykę izolacjonizmu. Odcięcie się od Europy było przecież tym, co je definiowało. I w zasadzie całkiem nieźle im szło, dopóki nie wybuchła pierwsza wojna światowa. Nagle okazało się, że ten młody gigant jest jedyną nadzieją Starego Kontynentu na zaprowadzenie pokoju. Problem w tym, że wraz z napływem imigrantów i nowych idei, Ameryka zaczęła się zmieniać, a te zmiany nie wszystkim były na rękę.

W takich właśnie okolicznościach toczy się akcja powieści Dennisa Lehane’a „Miasto niepokoju”. Danny Coughlin, syn legendy bostońskiej policji, ma przeniknąć do środowiska anarchistów w celu zdobycia informacji o planowanych strajkach i zamachach. Jednak szybko okazuje się, że protestujący mają sporo racji, a Danny z biegiem czasu staje się ich przedstawicielem. Równolegle toczy się opowieść o czarnoskórym Lutherze, który na skutek niefortunnych okoliczności splata swoje losy z rodziną Coughlinów. 

Zazwyczaj to miasto tworzy tło dla stopniowo rozwijającej się historii głównych bohaterów. W  tym przypadku Lehanne zmienił porządek rzeczy. Opowieść o Dannym i Lutherze jest bowiem tylko pretekstem do ukazania dziejów Bostonu, który jak wiadomo, jest miastem z przebogatą, choć krótką przeszłością. W ten sposób czytelnik może przeniknąć do świata pogrążonego w ideologicznym chaosie.

A jest to miejsce, gdzie każdy postulat wolnościowy kojarzony jest automatycznie z bolszewizmem. Gdzie domaganie się podwyżki to anarchizm; gdzie bycie czarnoskórym wiąże się od razu z knuciem przeciwko władzy; gdzie nie można żyć, natomiast umierać też jest niewygodnie, bo chciałoby się przecież coś po sobie zostawić. Tylko jak, skoro ten stary porządek trzyma się tak mocno, a na nowy nikt nie ma dobrego pomysłu?

Ma się wrażenie, że autor napisał wszystko bez najmniejszego wysiłku, że po prostu zdał relację ze swojego wyobrażenia na temat tamtych dni, które wstrząsnęły Bostonem.  Ale to tylko wrażenie, bo „Miasto niepokoju” to świetnie skonstruowana proza w prawdziwie amerykańskim stylu.

Dennis Lehane, „Miasto niepokoju”, przeł. Maciej Mazan, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

czwartek, 20 września 2012

Wielki brat w sutannie



YouTube, Facebook, Twitter, MySpace. Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a ekshibicjonizm jest coraz bardziej zakodowany w charakterach następnych pokoleń. Nietrudno więc sobie wyobrazić świat,  w którym nadmierna egzaltacja jest najbardziej pożądaną cechą w ludzkim zachowaniu. „Ślepa wiara” Bena Eltona to właśnie próba pokazania takiej rzeczywistości, a właściwie przestroga przed nią.

Nieodległa przyszłość. W skutek globalnego ocieplenia i zalania kontynentów Londyn jest okropnie przeludnionym miastem. Na ścianie każdego mieszkania wisi wielki ekran LCD z zamontowaną kamerą. W kraju rządzi Świątynia, młodsza siostra Kościoła Katolickiego. Wszystkie osiedla mają własnych spowiedników, Inkwizycja tropi najmniejszy nawet przejaw indywidualności, a wiara jest wpisana w konstytucję. Masowo umierają dzieci, bo szczepienia ochronne zostały zdelegalizowane jako część starego porządku, który doprowadził do Potopu.

Główny bohater, Trafford Sewell, ma swoje małe tajemnice i próbuje  myśleć samodzielnie. Co gorsza, niedawno urodziła mu się córka, Claire Happymealka, nosząca imię po produkcie z McDonalda. Trafford wchodzi w  kontakt z organizacją szczepicieli, bo wierzy, że w ten sposób uchroni dziecko przed szalejącymi epidemiami odry i świnki. Jego życie zaczyna się zmieniać, poznaje literaturę humanistyczną i teorię Darwina, a to z kolei podsuwa mu myśl o wywołaniu ogólnoświatowej rewolucji mającej na celu obalenie teokratycznych porządków.

„Ślepa wiara” to typowa antyutopia - mamy bohatera walczącego z odhumanizowanym systemem, mamy obojętność tłumu, mamy swoistą nowomowę.  Tyle, że rolę Wielkiego Brata spełnia Świątynia, a głównym narzędziem zniewolenia umysłu jest sztuczna duchowość. 

Wyeksponowanie totalitarnej władzy kościoła nad ludzką masą ma na celu przypomnienie,  że rozum i empiryzm są najważniejszymi przymiotami człowieka, bo wiara, zwłaszcza ślepa, zawsze prowadzić będzie do zniewolenia i dominacji jednej grupy ludzkiej nad drugą. 



Ben Elton, „Ślepa wiara”, przeł. Jacek Manicki, wyd. Albatros A. Kuryłowicz, 2009, Łódź
 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zbrodnia bez kary

Moje pierwsze spotkanie z Jackiem Ketchumem było jak porządne uderzenie w twarz. Niby się go spodziewałam, bo o autorze czytałam dotąd w samych superlatywach, ale nic nie mogło mnie przygotować na kompletny nokaut, który zafundowałam sobie lekturą „Dziewczyny z sąsiedztwa”. 

Atmosfera lat pięćdziesiątych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, miała w sobie jakąś perwersyjną tajemniczość. Idealne rodziny z przedmieść, różowe samochody, perfekcyjne panie domu. Tylko gdzie tkwił haczyk? 

Główny bohater, czternastoletni Davy, przeżywa swoje pierwsze zauroczenie Meg, która wprowadziła się do domu obok. Dziewczyna i jej siostra straciły w wypadku oboje rodziców. Po tej tragedii zająć ma się nimi ciotka Ruth, która wychowuje już nastoletnich synów. Niby wszystko jest w porządku. Ale wraz z rozwojem akcji stajemy się świadkami stopniowej degradacji Meg do roli ofiary. Oprawcami są okoliczne dzieci, zręcznie sterowane przez ciotkę, która ma, lekko mówiąc, duże problemy emocjonalne. 

W ten prostu sposób Ketchum stworzył coś na kształt sytuacji podobnej do tej z „Władcy Much”. Postanowił obnażyć umysł zbiorowy i udowodnić, że ludzie w bardzo prosty sposób tracą całą swoją moralność, kiedy mają możliwość podzielenia winy na współuczestników zbrodni.

Pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Davy’ego pozwala nam wniknąć w umysł dziecka zmanipulowanego, które powoli przestaje odróżniać dobro od zła. Davy jest bierny, przez cały czas przygląda się temu, co oprawcy robią dziewczynie, ale nie stać go na sprzeciw. Ketchum odwzorował tę dwoistość w sposób niezwykle sugestywny. Tak sugestywny, że zaczynamy się zastanawiać gdzie jest granica, która jeszcze dzieli bohatera od całej reszty. Bo czy jest mniej winny przez nieuczestniczenie? Czy przyglądanie się makabrze to nie jest przypadkiem współudział? Do tego wszystkiego plastyczne opisy wszelkich potworności, które jeden człowiek może zaserwować drugiemu. Najważniejsze jednak, że autor w ogóle nie ociera się przy tym o banał, a to w powieściach grozy raczej rzadkość.

„Dziewczyna z sąsiedztwa” to książka dla tych, którzy nie boją się przyznać, że największy horror siedzi w nas samych i nie trzeba duchów ani pretensjonalnych wampirów, żeby zbudować napięcie. Wystarczy przecież spojrzeć za okno. Może w piwnicy sąsiada dzieje się w tej właśnie chwili coś ciekawego?

Jack Ketchum, "Dziewczyna z sąsiedztwa", przeł. Łukasz Dunajski, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2009

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Granica pamięci

Ten zbiór reportaży to przestrzeń ponad dwóch dekad. W Europie Wschodniej zdążył zmienić się ustrój, a potomkowie nowego systemu znaleźli własne sposoby na rozliczanie się z historią. Jedni stawali się przewrażliwieni na punkcie jej ocalania, inni (zdecydowana większość) po mistrzowsku nauczyli się wcielać w życie zasadę: zamieść pod dywan i zapomnieć. Sam autor we wstępie deklaruje, że chodzi mu przede wszystkim o pamięć ludzi, miejsc i wydarzeń. Na początku lektury nie przeczuwamy jeszcze, jak odważna jest to deklaracja.

Okazuje się bowiem, że pamięć - wystawiana głównie na próbę czasu, lecz nie tylko - stawia walczącemu o jej zachowanie wyraźną granicę. Historie, które Pollack usiłuje ocalić są fragmentaryczne - ślady, pozwalające misternie je rekonstruować, w pewnym momencie się urywają i nie ma szans, by odtworzyć je od początku do końca. 

Dlaczego rozstrzelali Stanisławów to także spojrzenie na upadek komunizmu i kształtowanie się zalążka nowej rzeczywistości zdystansowanym okiem dziennikarza z Zachodu, który - jak sam przyznaje - traktowany był w krajach bloku wschodniego niczym egzotyczny towar z najwyższej półki. Są wybuchy euforii, ale też głębokie rozczarowania. Autor unika stawiania jednoznacznych diagnoz, oddając w tym celu głos swoim bohaterom.

Być może jednak roli, czy to mierzącego się z przeszłością, czy świadka, nie można przekonująco odegrać, jeśli brakuje w niej osobistego wątku. Warto zastanowić się, czy w ogóle kiedykolwiek jest to możliwe, skoro każdy odpowiedzialny jest za własną pamięć.

(Martin Pollack, "Dlaczego rozstrzelali Stanisławów", przeł. Andrzej Kopacki, Czarne, Wołowiec 2009)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Mucha goni trzmiela

Piękna pani detektyw w obcisłej mini biegnie na szpilkach korytarzami komendy policji. W rękach niesie plastikową torebkę z dowodem zbrodni. Podaje ją laborantowi. Ten szybko wkłada dowód do kosmicznej maszyny pobierającej za jednym zamachem dna i odciski palców. Jest zgodność. Przepuszczają wyniki przez bazę danych. Morderca złapany. Pani detektyw ma wolny wieczór i idzie na romantyczne spotkanie z mężem.

W taki sposób większość z nas wyobraża sobie śledztwo. Theresa Monsour w „Czystym cięciu” udowadnia nam jednak, że to mrzonki.

Książka od początku zaskakuje. Przede wszystkim od razu znamy tożsamość mordercy. To doktor Michaels, chirurg plastyczny lubujący się w obcinaniu warkoczy, polowaniach na egzotyczną zwierzynę i dwudziestopięcioletniej whisky. Paris Murphy, seksowna policjantka uzależniona od adrenaliny, mniej więcej po jednej czwartej powieści również zna tożsamość mordercy, ale w żaden sposób nie ułatwia jej to złapania go.  Zaczyna się gra.

Narracja przebiega dwutorowo. Mamy tu perspektywę mordercy i pani detektyw. Przemawia to na korzyść książki i mimo, że nie musimy się domyślać kto zabił, to pochłania nas umysł zabójcy, jego sposób patrzenia na świat i kobiety. Tym, co odróżnia doktora Michaelsa od innych seryjnych morderców jest jego wiara. Przez całą powieść dręczy go poczucie winy i strach przed piekłem, a to dość nietypowe jak na faceta, który dusi swoje ofiary gołymi rękami.

Kolejną zaletą książki jest sama Paris Murphy. Odbiega trochę od typowej pani detektyw, do której przyzwyczajeni są czytelnicy kryminałów. Jest mocno wierząca, a drugiej strony morderca fascynuje ją w sposób zbliżony do pożądania. Żadna z niej delikatna kobietka, bo kiedy trzeba staje na ulicy udając prostytutkę i nie stanowi to dla niej żadnego problemu. Jest twarda, pozbawiona wątpliwości natury moralnej, a jednocześnie niepewna własnych zachowań i żądz.

Theresa Monsour napisała dobry kryminał. Prawdziwy złodziej czasu. Na pewno warto zwrócić uwagę na ten tytuł, zwłaszcza, że to dopiero początek całej serii przygód pani detektyw Paris Murphy.



Theresa Monsour - "Czyste cięcie", przekład Anna Łaskarzewska, wyd. Aurum, Warszawa 2009

piątek, 30 marca 2012

Klucz do zrozumienia


Genialne świadectwo. Nie tylko historycznego miejsca, jakim niewątpliwie była stacja imigracyjna na Ellis Island. Doskonale sportretowane losy ludzi, dla których miała być ona jedynie przystankiem, przepustką do wymarzonej Ameryki, a – w wielu przypadkach – okazywała się początkiem wielkiego rozczarowania, jakim była deportacja.

Bo wyspa, jako że jej komisarzy mianowali kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych, nie miała szans pozostać niezależna od aktualnych nastrojów politycznych. I tak początkowy entuzjazm i otwartość na przybyszy z Europy gasiły po kolei, zaostrzane co jakiś czas, ustawy imigracyjne, związane z wojnami światowymi epidemie, restrykcyjne przepisy dotyczące diagnozowania chorób psychicznych u nowoprzybyłych pasażerów.

Małgorzata Szejnert dokumentuje poprzez przywiązywanie niezwykłej wagi do detali. Pretekstem do opowieści okazują się kołdry przywożone przez imigrantów, krzesła, łyżki ze stołówki, czy sposób patrzenia na przypadkowo wyłowionych z tłumu ludzi przez lekarzy – sześciosekundowców, którzy mieli dokładnie tyle czasu, by ocenić, czy ktoś jest zdrowy, czy nie i zdecydować tym samym o jego dalszym życiu.

Wyspa okazuje się kluczem do zrozumienia mijającego czasu, zmieniającego się wraz z jego upływem kraju i skłębionych w nim ludzkich umysłów. I mimo że okres funkcjonowania Ellis Island dobiegł końca, a ostatnie lata – spadek prestiżu i niemal zapomnienia – można porównać do stłoczonych tu przez lata, pełnych nadziei i oczekujących uwagi imigrantów, Wyspa Klucz zapisała się w historii Stanów Zjednoczonych ponownie. Znowu przyjęła do siebie ludzi – tym razem poszkodowanych w ataku terrorystycznym na wieże World Trade Center.

Historia zatoczyła koło. A wraz z nią zatoczyła je Małgorzata Szejnert, nie mając chyba do końca pojęcia, jak uniwersalny i wielowymiarowy kawałek literatury faktu tworzy.

(Małgorzata Szejnert, „Wyspa Klucz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009)