Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

(Nie)grzeczni papieże


Renesans. Odrodzenie humanizmu, szczytnych idei, wiary w człowieka i jego umysł. Po mrocznym fanatyzmie i religijnych uniesieniach średniowiecza ludzie chcą odetchnąć, cieszyć się i samostanowić. Ale jedno miasto nadal pozostaje ciemną plamą na mapie Europy. Watykan, siedlisko spisków, nienawiści i skandali. Siedziba antychrysta. Zarzewie wszystkich konfliktów.

Ten popularny mit historii postanowił obalić Gerard Noel w książce „Występni papieże renesansu”.  Na wstępie należy zaznaczyć, że polskie tłumaczenie tytułu nie ma niczego wspólnego z oryginałem. „The Reneissance Popes” znaczy tyle, co „Papieże Renseansu”. I rzeczywiście, jeśli ktoś nastawia się na pikantne szczegóły z alkowy świętych mężów kościoła, to się przeliczy. Autor w zasadzie ukazuje nam rzeczywistość Watykanu w kompletnie nowy sposób.

Owszem, są spiski, jest symonia, nepotyzm, homoseksualizm. Są i nałożnice. Przede wszystkim widzimy jednak zwykłych ludzi w niezwykłych okolicznościach, którzy zazwyczaj dzielili prawdziwe powołanie z nienaturalnymi warunkami nowej epoki. Często będąc jeszcze umysłowo w Średniowieczu, nie pojęli rozmiaru zmian, które przyniosła ze sobą myśl Renesansu. Dla papieży tych posiadanie potomstwa i kobiet było czymś normalnym, a wprowadzenie celibatu uznawali za coś nienaturalnego. Miotały nimi przyziemne pragnienia, ale trudno ich za to potępiać - przecież żyli w epoce humanizmu, gdzie człowiek wyniesiony był na piedestał.  Cała występność tych księży polegała w większości na szczerości i nieudawaniu lepszych, niż byli w rzeczywistości. Byli ludźmi i nie wstydzili się tego, a Noel w przystępny sposób nam o tym opowiedział, obalając jednocześnie wiele popularnych mitów, którymi często karmią się przeciwnicy, jak i zwolennicy kościoła.

Ci, którzy w kapłanach widzą nadludzi, nie znajdą w tej książce za wiele dla siebie, a tylko utwierdzą się w przekonaniu, że Renesansowy Watykan był siedzibą diabła. Inni przekonają się może, że im dalej kler oddalał się od swojej ludzkiej natury, tym bardziej zakłamany się stawał. Początki tego procesu miały miejsce właśnie pod koniec Średniowiecza, kiedy to kościół nabierał bardziej współczesnych kształtów.

Czy dobrze na tym wyszedł? Gerard Noel nie daje odpowiedzi. Na pewno jednak zachęca do świeżego spojrzenia i do porzucenia stereotypów. 


Gerard Noel, "Występni papieże Renesansu", przeł. Grażyna Waluga, Amber, Warszawa 2007

sobota, 7 kwietnia 2012

Nie wprost o tym, co złe


Niepozorna to powieść. Oparta na wyeksploatowanym schemacie przedstawienia historii z perspektywy dziecka i wykorzystaniu przeciwieństw, wydaje się całkowicie przeciętna. John Boyne oferuje nam jednak drugie dno.
Bruno nie wie, czym jest wojna, więc nie zastanawia się, dlaczego jego ojciec codziennie chodzi w świeżo odprasowanym mundurze. Nie ma też na przykład pojęcia, gdzie leży Dania, ale po co niby dziewięciolatek miałby zaprzątać sobie tym głowę? Zwłaszcza jeśli ma większe problemy. A właściwie to pretensje do całego świata, bo kazali mu przyjechać w nowe, okropne miejsce, gdzie nie zna nikogo i gdzie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Jeśli już musi tu być, wymieniłby chociaż starszą siostrę Gretel („beznadziejny przypadek”) na babcię. Niemożliwe? To już trudno – i tak najbardziej na świecie chciałby, żeby siostra zniknęła tak czy inaczej.
Komenda ojca: „Przeprowadzamy się” sprawia, że Bruno musi zacząć szybciej dorastać. Nauczyć się samodzielnie organizować sobie czas i próbować rozumieć to, z czym na pewno nie musiałby się mierzyć pod kloszem dobrze znanego środowiska, w otoczeniu przyjaciół. Zmusza go też do głośnego protestu i przekonania się, że dorośli – wbrew temu, czego uczono go w domu z żelaznymi zasadami – nie zawsze mają rację. Nie do pomyślenia w klasycznej niemieckiej rodzinie z lat czterdziestych ubiegłego wieku, całkowicie zależnej od opinii ojca, który z kolei zależny jest od decyzji dowództwa. Jego obowiązki i związane z nimi nieobecności, jak i kwestie dotyczące wszystkich domowników, tłumaczy się dzieciom niezrozumiałymi, szablonowymi określeniami.
Spotkanie z chłopcem w pasiastej piżamie, Szmulem, powoduje, że Bruno nieoczekiwanie musi spróbować wyjść poza schematy, jakimi jest karmiony. Tak widoczne na pierwszy rzut oka różnice między nimi szybko okazują się pozorne. To okoliczności, w jakich przyszło im dorastać tworzą jedyną barierę, ale i tę – jak się okazuje – będąc dzieckiem można z powodzeniem pokonać. Pytanie tylko, za jaką cenę.
(John Boyne, „Chłopiec w pasiastej piżamie”, przeł. Paweł Łopatka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007)

wtorek, 27 marca 2012

Biała kiełbasa i Lustmord



Napisanie kryminału, którego akcja rozgrywa się w czasach międzywojennych w Niemczech, na dodatek w przededniu uzyskania władzy przez Hitlera, to zadanie niełatwe. Podjęła się go Faye Kellerman, ale niestety mu nie podołała. Czego się jednak spodziewać, skoro autorka spędziła na ‘badaniach historycznych’ całe dwa i pół roku?

Akcja książki toczy się w Monachium, w roku 1929. Na ulicach miasta pojawia się ‘ktoś potworniejszy niż bojówki Hitlera’, a mianowicie seryjny morderca kobiet. Śledztwo prowadzi Axel Berg, szef wydziały kryminalnego miejscowej policji. I w zasadzie tu kończy się i zaczyna cała fabuła powieści, bo cała reszta jest tylko nieudolną próbą wyrażenia osobistego zdania autorki na temat tych okropnych Niemców i tego, jak łatwo wpadali w obłęd propagandy Hitlera.

Główny bohater jest Niemca kompletną antytezą, może dlatego, że pochodzi z Danii. Może też dlatego jest od całej reszty tak rażąco inny. To czuły barbarzyńca, bo chociaż na jego charakterze widać pewne ryski w postaci romansu i przyjmowania łapówek, to na tle swoich rodaków wypada jak prawdziwy nadczłowiek dobrotliwości i porządku społecznego. Czytając książkę ma się nieodparte wrażenie, że autorka nie przyłożyła się do kreacji głównego bohatera. Jest to postać nieprzemyślana i wręcz za dobra. Gdyby policjant odezwał się do przełożonego tak, jak nieustannie czyni to w powieści Berg, to raczej nie zaszedłby daleko w karierze śledczego.

Otto Dix 'Lustmord'
Z historią książka nie ma właściwie nic wspólnego. Szereg uproszczeń i uogólnień razi i nawet ktoś średnio obeznany z dziejami Niemiec wie, że nie wszyscy obywatele tego kraju byli tak jednoznacznymi nikczemnikami, jak to opisuje Kellerman. Hitler i jego świta panoszą się ciągle w tle powieści, ale mam wrażenie, że tylko po to, aby uwypuklić anielski wręcz charakter głównego bohatera, który jest antyfaszystą. I chociaż wszyscy wokół niego pałają do małego Austriaka coraz większą miłością, Berg kompletnie nie boi się wyrażania swoich wywrotowych opinii, mimo, iż ma żonę i dzieci, a sam siebie uważa za człowieka odpowiedzialnego.

Podsumowując, powieść Kellerman czyta się szybko i równie szybo się o niej zapomina. Bohaterowie są niewiarygodni, a całe zło przypisuje się partii faszystowskiej, tak, jakby reszta społeczeństwa nie miała z tym nic wspólnego. Jedyne, co do mnie w tej książce przemówiło, to opis białej kiełbasy i piwa z pianką. Lustmordu trochę mniej.




Faye Kellerman, "Prosto w ciemności", przeł. Tomasz Bieroń, Zysk i S-Ka, Poznań 2007