Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lidia ostałowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lidia ostałowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 stycznia 2013

Polska w Polsce



Polska z tych dwunastu reporterskich odsłon walczy o przetrwanie. Stoi w długich kolejkach po zasiłki. Jeśli pracuje, to najczęściej „na czarno”. Czasem chce, żeby ktoś o jej istnieniu usłyszał, innym razem mówi, że wolałaby, żeby o niej zapomnieć. Ci, którzy widzą tę Polskę na drugim końcu świata (a jeśli gdzieś bliżej, to byle tylko nie „u siebie”), nie mają z zapominaniem problemu. Lidii Ostałowskiej chyba nie chodzi o przypominanie czy sugerowanie, że to strasznie nieodpowiedzialne – tak zapominać. Ona po prostu pisze o tym, że spychanie na margines jest, tak po ludzku, krzywdzące.
 
Tytułowego „bolało jeszcze bardziej” można użyć w odniesieniu do każdej z tych historii. Bo musiało boleć kiedy ludzie przed dyskoteką bili za to, że nie ma się firmowych ciuchów. Musiało gdzieś w środku zakłuć kiedy sąsiadka, która na początku miesiąca stoi w tej samej kolejce po zapomogę, kupuje telewizor i nieużywane buty. Musiało być przykro kiedy znajomi ze szkoły szli na piwo do pubu, a samemu miało się tylko na tanie wino pod blokiem – i to pod warunkiem, że koledzy coś dorzucili. Musiało być źle, kiedy chciało się tworzyć prawdziwy hip-hop, ale wszyscy stukali się w czoło, a potem musiało być jeszcze gorzej, bo okazało się, że da się na nim zarobić, tylko to byłoby chyba wbrew hiphopowym zasadom. A tak poza tym wcale nie było się przygotowanym na sukces.

O tych bohaterach się myśli – i pewnie nie ma nic dziwnego w tym, że myśli się o bohaterach reportażu. Jednak czytanie tych tekstów jest specyficzne o tyle, że często, oprócz tradycyjnego myślenia o bohaterze, towarzyszy mu nieustanne myślenie o reporterce – sytuacji, w jakiej się znalazła. Prawie zawsze mam wrażenie, że jest to sytuacja ekstremalnie trudna. I naprawdę nie wiem, jak udało jej się po raz kolejny wybrnąć, jak ona to zrobiła, że ten tekst w ogóle powstał. Ostałowska balansuje na granicy subtelności z jednej strony i bezczelnej dosłowności z drugiej. Strasznie ją za to balansowanie podziwiam.

Najstarszy reportaż włączony do „Bolało jeszcze bardziej” został opublikowany w 1992, ostatni – w 2005 roku. Każdy z nich jest dowodem na to, że nie mamy do czynienia z żadną drugą, gorszą Polską. Za to z wielką reporterską klasą – jak najbardziej.

(Lidia Ostałowska, „Bolało jeszcze bardziej”, Czarne, Wołowiec 2012)

To jest oficjalna recenzja:

sobota, 19 maja 2012

Zagłada zagładzie nierówna

O wojennych losach Diny Gottliebovej można by opowiedzieć mniej więcej tak: W wieku dziewiętnastu lat, jak większość czeskich Żydów, trafiła do transportu do Terezina, a stamtąd do Birkenau, gdzie na ścianie jednego z baraków namalowała scenę z Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Przed śmiercią uratowali ją przebywający w obozie Cyganie. Poniekąd się odwdzięczyła, uwieczniając ich na akwarelach, które malowała na polecenie entuzjasty swojego talentu, Josefa Mengele. Po wojnie portrety zaginęły, ale to wcale nie koniec. Ich odnalezienie okazało się wstępem do walki o prawdę. I pamięć.

Dina nie jest jedyną bohaterką reportażu Lidii Ostałowskiej. Głos oddaje autorka także… Królewnie Śnieżce. Zestawienie koszmaru z bajką to jeden z wielu kontrastów przewijających się w tej opowieści. Kolejny widać po zestawieniu ze sobą przebywających w obozie narodowości. Szybko okazuje się, że zagłada zagładzie nierówna, a do jej upamiętniania też nie każdy ma prawo.

Cyganom się go odmawia. Mimo, że – według niektórych statystyk – podczas drugiej wojny światowej zginęła połowa ich europejskiej populacji. Tego, czego doświadczyli, nikt oficjalnie nie nazwał ludobójstwem. Magia zbiorowej świadomości zamiast na miejscu ofiar, umieściła ich w grupie niecywilizowanych kryminalistów, których ukarano zasłużenie. Może dlatego Romowie nie chcą mówić własnych krzywdach, podczas gdy Europa z upamiętniania Holokaustu zrobiła pełnowartościowy popkulturowy produkt.

Swój sposób na zachowanie pamięci Cyganie odnaleźli w wędrownym życiu. A Ostałowska poniekąd im towarzyszy. Odtwarza historie, śledzi miejsca, szuka powiązań. Przeplata ich słowa relacją Gottliebovej. Nie tylko Gottliebovej-byłej więźniarki, lecz także Gottliebovej-artystki.

Farbach wodnych znajdziemy istotne pytanie o rolę sztuki w obozowej rzeczywistości. Czy jej interpretowanie na wiele różnych sposobów pomaga przetrwać? Czy jest możliwe odtwarzanie praktycznie z niczego? Komu należy przyznać rację, skoro w ostatecznym rozrachunku jedyną formą zachowania pamięci pozostaje przedmiot?

Nie ma odpowiedzi. Jest doskonały, polifoniczny reportaż o wybieraniu własnej wersji prawdy.

(Lidia Ostałowska, „Farby wodne”, Czarne, Wołowiec 2011)