Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 listopada 2012

Chciałabym mieć TAKIEGO dziadka!

James Randi jest dla sceptyków i racjonalistów na całym świecie tym, kim Stephen Hawking jest dla świata fizyki.  Ten osiemdziesięcioczteroletni, niewinnie wyglądający pan, wywołuje ataki panicznego strachu wśród wszelkich wróżek, magów, współczesnych czarownic, homeopatów i głosicieli New Age. Po przejściu na emeryturę zajął się bowiem tropieniem przekrętów w pseudonaukowych, które zagnieździły się w  twierdzeniach szarlatanów,  podających się za autorytety. Fundacja jego imienia przekaże milion dolarów każdemu, kto w naukowych warunkach udowodni zdolności paranormalne.  Ale czek, który Randi nosi przy sobie od kilkudziesięciu lat, raczej szybko nie zostanie spieniężony. Jako były iluzjonista, znający wszystkie triki i metody oszukiwania naiwnych, na pewno wie, co robi.

W książce „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, wydanej w USA w 1982 roku, Randi daje nam wgląd w swoje metody obnażania kłamstw, a każdy rozdział poświęcony jest innemu rodzajowi zjawisk ‘nadprzyrodzonych’.  Poprzez fotografie elfów z początków dwudziestego wieku, po domniemane zdolności Uri Gellera, który był w Stanach bardziej popularny niż Anatolij Kaszpirowski w Polsce, na wszelakiego rodzaju kultach kończąc, mamy okazję zbadania tych, pozornie niewytłumaczalnych, zjawisk.

Okazuje się, że po bliższej analizie, praktycznie każde niewyjaśnione zdarzenie można racjonalnie i naukowo wytłumaczyć. Wielu szarlatanów, obnażonych przez autora, posługuje się bowiem metodami wziętymi wprost ze sceny przedstawienia magicznego. Są w tym tak biegli, że nawet autorytety ze świata nauki dały się zwieść prostym, tanim sztuczkom, których, przy odrobinie wytrwałości, nauczyć się może każdy.

James Randi. żródło: http//www.quickmeme.com
Niektórzy krytycy zarzucają Randiemu złośliwość i wyolbrzymiony upór. W końcu jakie zagrożenie stwarza wiara w jakieś idiotyzmy? Czy ktoś TAK NAPRAWDĘ da się na to nabrać? Otóż da, i to łatwo. Pseudonauka to nie tylko śmieszne hokus pokus telepatów, ale też, jak najbardziej realne, ofiary. Na przykład ludzie, którzy uwierzyli, że homeopaci mogą wyleczyć ich z raka, że zioła to panaceum na AIDS, w końcu, że szczepionki powodują autyzm. Trudno się dziwić, że Randi używa wszelkich dostępnych środków do walki z zabobonem.

Mimo, że od pierwszego wydania książki mija trzydzieści lat, temat jest jak najbardziej aktualny. Kramiki z wróżkami ustawiają się na deptakach nadmorskich kurortów, horoskopy przychodzą smsem, biznesmeni konsultują swoje decyzje z biorytmem, a dzieci w szkołach pytają na fizyce, czy należy się bać nadchodzącej apokalipsy.

Szkoda, że w Polsce jest tak mało publikacji tego typu, bo wnioski wyciągnięte z lektury mogą nauczyć, że w pierwszej kolejności należy wierzyć dowodom i nauce.

James Randi, „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, tłum. Zygmunt Kubasiak, wyd. Pandora Books, Wrocław 1994

wtorek, 3 lipca 2012

(Nie)perfekcyjna pani domu.

Miłość, zdrada i jej konsekwencje. Nie istnieje chyba bardziej oklepany temat, a większość książek traktujących o tych zagadnieniach to często albo najniższej klasy romansidła nadające się jedynie na podpałkę, albo literatura lekko banalna. Ale raz na jakiś czas trafia się na powieść idealną, która wwierca się w głowę i absolutnie nie pozwala o sobie zapomnieć. Taką właśnie jest „Lucy Crown” Irwina Shaw. 
 
Tytułowa Lucy, to przede wszystkim żona i matka. Ma całkiem dużo szczęścia, bo mimo choroby syna, jej rodzina przeżyła międzywojenny kryzys  całkiem znośnie i, zdawać by się mogło, że teraz może być już tylko lepiej. Idyllicznym obrazkiem typowej amerykańskiej familii  Shaw usypia naszą czujność, aby na scenę wprowadzić najważniejszych bohaterów: zdradę, gniew i przebaczenie.

Lucy dopuszcza się bowiem czegoś niewyobrażalnego, mianowicie nawiązuje romans z korepetytorem syna, dużo zresztą od siebie młodszym. Wiadomo, takie rzeczy działy się zawsze i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ale pruderyjne Stany Zjednoczone lat trzydziestych? To już prawdziwa wywrotowość. Na takim tle autor zaczyna snuć opowieść o tym, jak jeden dzień i jedna decyzja mogą zmienić życie kilku osób w nieodwracalny i bardzo bolesny sposób.

Powieść czyta się jak dobry kryminał, a fakt, że wina rozłożyła się pomiędzy całą rodzinę, czyni z Shawa przenikliwego do granic możliwości obserwatora, który nikogo nie osądza. Razem z nim staramy się dociec, kto, kiedy i dlaczego, chociaż pole do interpretacji pozostaje do wykorzystania.
Główna bohaterka jest niesamowicie wiarygodna. Chcę przez to powiedzieć, że nie potrafimy jej potępiać, a zaczynamy współczuć. I chociaż sama przed sobą w ogóle się nie usprawiedliwia, chętnie zrobimy to za nią. Podobnie z innymi postaciami. Każda jest stworzona w sposób tak realistyczny, że spokojnie można by się było ze wszystkimi umówić na whisky w jakimś przydrożnym barze. 

Czytając, zadamy sobie dużo ważnych i przerażających pytań. Na jak dużo swobody i wolności można pozwolić dzieciom, aby nie przestały nas kochać? Na ile wyrzec się trzeba siebie, aby zasłużyć na miano dobrego ojca czy matki? Czy przebaczenie w ogóle jest możliwe? A jeśli tak, to jakie warunki trzeba spełnić, żeby sobie na nie zasłużyć? Ile lat cierpienia jest wymierne dla odpuszczenia win? 

Podsumowując,  „Lucy Crown” to książka doskonała. I dla każdego. Najlepszym dowodem jest fakt, że spodobała się nawet takiemu sceptykowi, jak autorka tej recenzji, która zazwyczaj zaczytuje się w opowieściach o morderstwach, zagładzie i wojnie. Okazuje się, że dobrze opowiedziana rodzinna historia wcale tak dalece nie odbiega od tej tematyki.


Irwin Shaw, "Lucy Crown", przeł. Maria Boduszyńska-Borowikowa, wyd. Książnica, Katowice 1994

wtorek, 15 maja 2012

Hitlerschnitt na zbiorowym mózgu


Historia II Wojny Światowej to ciągłe niedowierzanie. Wielu z nas pyta jak to możliwe, zapewniając jednocześnie, że w naszym przypadku byłoby inaczej. Że nasz naród by do tego nie dopuścił. Niestety, okazuje się, że takie zbiorowe wypaczenie świadomości społeczeństwa danego kraju może wydarzyć się wszędzie. Dość boleśnie przekonuje nas o tym Richard Grunberger w „Społecznej Historii Trzeciej Rzeszy”.

Naziści trafili na podatny grunt. Rozognieni gniewem na decyzje Weimaru Niemcy, potrzebowali tylko iskry, która padłaby na podatny grunt zbiorowej wściekłości. Iskra się znalazła. Hitler i jego świta idealnie wyczuli nastroje społeczne i to pozwoliło zagrać na narodowej dumie kraju. Każdy zna tę historię. A Holocaust? A Einsatzgruppen? A Blitzkrieg? Coś z tymi Niemcami musiało być nie tak, jeśli do tego dopuścili.

Autor pokazał, że ulegli grupowej hipnozie. Indoktrynowanie, warstwa  po warstwie, w końcu przyniosło spodziewane efekty. Kiedy już po wojnie pokazano rolnikowi niemieckiemu zdjęcie zmasakrowanych ofiar z obozu w Bełżcu, odpowiedział, że wszystkiemu winni ci mniejsi Hitlerzy. I nic dziwnego. Grunberger idealnie zobrazował jak łatwo zrzucić odpowiedzialność na innych, kiedy w kraju biurokracja i uniformizacja są doprowadzone do maksimum. Zarządcy Trzeciej Rzeszy potrafili wszystko ująć w ramy eufemizmu. Holocaust, to po prostu ostateczne rozwiązanie. Cóż w tym groźnego?

Grunberger podszedł do tematu w charakterystyczny sposób. Każdy rozdział dotyczy jednego zagadnienia. I tak mamy tu kino, prasę, młodzież, kobiety, ekonomię itd. Rozdziały najeżone są statystykami i danymi procentowymi, ale wyłania się dzięki temu prawdziwy obraz społeczeństwa III Rzeszy.  Zaczynamy uświadamiać sobie, że obywatel nazistowskiego państwa „żył nie tyle w stanie lęku, ile w stanie iluzji przechodzącej w delirium – a odruchy warunkowe zrodzone z halucynacji stały się niemal jego drugą naturą”.

Największym atutem książki są niewątpliwie pojedyncze zagadnienia z życia obywateli, które składają się na obraz paranoi, która musiała nimi rządzić. Dzięki temu łatwo sobie wyobrazić, że każdy człowiek przebywający w takich warunkach byłby skłonny do postępowania wbrew sobie. I znowu pytamy siebie, jak ja bym się zachował? Po lekturze książki odpowiedź będzie już całkiem inna niż na początku.

„Historię Społeczną Trzeciej Rzeszy” polecam nie tylko tym zainteresowanym tematem. W poszukiwaniu prawdy o odczłowieczeniu warto przyjrzeć w pierwszej kolejności właśnie zwykłemu człowiekowi.

Cytat str. 56.


Richard Grunberger, "Historia Społeczna Trzeciej Rzeszy", przeł. Witold Kalinowski, PIW, Warszawa 1994