Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

Kilka lat przed końcem świata

William E. Dodd nie lubił przepychu. Do pracy chodził pieszo, jeździł starym samochodem i był zwolennikiem skromności i wyważonej dyplomacji. Kiedy wraz z rodziną przyjechał do Berlina w 1933 roku, aby objąć urząd ambasadora Stanów Zjednoczonych, miał nadzieję na spokojną służbę i ukończenie dzieła swojego życia, opowiadającego o historii południa USA. Niestety, do władzy doszli naziści, z którymi Dodd nie chciał się dogadywać. Podczas gdy jego koledzy wychwalali reżim Hitlera za wyciągnięcie kraju z ekonomicznej zapaści, ambasador pisał noty do prezydenta i w przemówieniach ostrzegał, że właśnie nadchodzi koniec starego świata. Posłuch zyskał, gdy było już za późno. Po śmierci został zresztą oskarżony o antysemityzm i anty-amerykanizm. 

Poza tym miał bardzo niesforną córkę. Martha na początku była nazistami zafascynowana. Wdawała się w liczne romanse, między innymi z ówczesnym szefem Gestapo, Rudolfem Dielsem. Z biegiem czasu zaczęła dostrzegać okrucieństwo władzy i zmieniła front, zakochując się w komuniście. Historia rodziny Doddów prawdopodobnie zostałaby zapomniana, gdyby nie „W ogrodzie bestii” Erika Larsona, który oddaje sprawiedliwość ludziom postawionym w kompletnie niecodziennej sytuacji.

Poza fascynującą opowieścią o życiu ambasady, usianą licznymi skandalami prowokowanymi przez Marthę, mamy okazję poznać przedwojenny Berlin od kuchni, a było to niezwykłe miasto. Z jednej strony ludzie ogarnięci kultem jednostki, z drugiej intelektualiści romansujący z władzą. Więzienia Gestapo i pierwsze obozy koncentracyjne, a dla kontrastu kluby rozrywki, gdzie z sufitu padał sztuczny deszcz, a kelnerzy przebrani za kowbojów podawali kolorowe drinki. Przede wszystkim jednak przejmująca historia rozwijającego się nazistowskiego reżimu.

Z historycznego punktu widzenia, „W ogrodzie bestii” jest książką nietypową, pozwala bowiem zajrzeć za kulisy dyktatury znanej nam z lektur szkolnych. Jest też kolejnym dowodem na to,  że II wojna światowa wybuchła nie tylko za sprawą Hitlera, ale również przez opieszałość całego świata, który dawał mu przyzwolenie na zabawę w nazistowskiej piaskownicy. 

Na pewno warto sięgnąć po dzieło Larsona i dołożyć kolejny element do historycznej układanki Trzeciej Rzeszy – jednej z największych zagadek współczesnego świata.


Erik Larson, „W ogrodzie bestii”, przeł. Przemysław Hejmej, wyd. Sonia Draga, Katowice 2012

wtorek, 4 marca 2014

Najważniejszy proces



Podczas gdy uwaga Starego Kontynentu skupiała się na Norymberdze, gdzie sądzono największych bonzów Trzeciej Rzeszy, William Denson i jego pomocnicy w prowizorycznych salach i bez profesjonalnego sprzętu stawali oko w oko z tymi, którzy byli prawdziwymi oprawcami więźniów w Buchenwaldzie, Mauthausen i Dachau. Denson nadal byłby postacią mało znaną, gdyby nie pudła z osobistymi dokumentami odnalezione po jego śmierci i zapał Joshuy M. Greena, który je uporządkował i skleił w jednolitą opowieść.
   
„Sprawiedliwość w Dachau” to w zasadzie dwie historie. Pierwsza mówi o człowieku, który miał niezachwiane poczucie sprawiedliwości i wierzył, że nawet najgorsi zbrodniarze zasługują na proces. Działając w bezprecedensowych warunkach, Denson robił wszystko tak, jak go nauczono. Zbierał świadków, przesłuchiwał oskarżonych, starał się zbudować namiastkę tego, co znał. Niestety okazało się, że w obliczu zła i braku bezpośrednich dowodów, nie zawsze udawało się uzyskać najwyższy wymiar kary. Denson każdą taką „porażkę” odczuwał osobiście, nie mógł jeść, nie mógł skupić się na sobie. W zasadzie stał się kolejnym więźniem w systemie obozów nazistowskich i w tej psychicznej celi pozostał do końca życia.

Można sobie łatwo wyobrazić, co się dzieje kiedy na sali posadzi się kilkudziesięciu oskarżonych nawykłych do totalitaryzmu i bezlitosnego świata obozów koncentracyjnych, a następnie podda się ich postępowaniu sądowemu z demokratycznego świata. Oskarżeni reagowali różnie, ale prawie nigdy nie przyznawali się do winy. Według nich odpowiedzialność ponosił system, Hitler, Eichmann, warunki, itd. Ilse Koch na przykład wypierała się wszystkiego w tak bezczelny sposób, że nawet współoskarżeni kwitowali to uśmiechem politowania. Ale co można było poradzić? „Sprawiedliwość w Dachau” wyraźnie pokazuje, że w obliczu ludobójstwa tradycyjny system sądownictwa nie ma racji bytu. 

Książka opisuje chyba najmniej poznane zagadnienie dotyczące obozów koncentracyjnych, mianowicie podejście samych oprawców, którzy - będąc na końcu biurokratycznego łańcucha – stali z podniesionym bykowcem nad więźniami. Nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę myśleli i czy ich zachowanie w trakcie procesów było tylko pozą. Ale kilku z nich, na chwilę przed wykonaniem wyroku śmierci, unosiło ramię na „Heil Hitler” w geście ostatniego, rozpaczliwego triumfu. To mówi więcej, niż tysiące stron zeznań i setki godzin przesłuchań.

Joshua M. Green, „Sprawiedliwość w Dachau: Opowieść o procesach nazistów”, tłum. Maciej Antosiewicz, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012

niedziela, 22 września 2013

Chaos kontrolowany




Bałabym się pisać o Izraelu. No bo jak ogarnąć rozumem miejsce, gdzie rodzaj piwa oznacza sympatie polityczne, a w soboty windy zatrzymują się na każdym piętrze? Gdzie na niewielkim kawałku ziemi przeplata się niezliczona ilość kultur i języków połączona jedynie cienką nitką wspólnego wyznania? Jeśli którykolwiek z polskich autorów nadaje się do pisania o tym miejscu, to tylko Paweł Smoleński.  

On się nie boi Izraela. A nie boi się do tego stopnia, że opisuje go w porządku alfabetycznym. „Balagan” to w zasadzie osobisty słownik kraju. Pozorne nieuporządkowanie układa się bowiem w spójną opowieść, która w prosty sposób przybliża nam realia tego najbardziej chaotycznego ze wszystkich państw. 

Każda litera to oddzielna historia. I tak jak w Izraelu, także i w „Balaganie” sacrum miesza się z profanum, a zagadnienia poważne z tymi pozornie nieważnymi. Mamy opowieść o Ben Gurionie, o Szoach, o wojnach, ale też o hucpie, o upale czy o myckach. Nic nie jest zbędne, a każde hasło daje pretekst do opowiadania i snucia osobistych rozważań. 

Nie wiem jak Paweł Smoleński to robi, ale poprzez wychwytywanie pojedynczych scen i pobieżnych rozmów z nieznajomymi przedstawia nam obraz tak żywy, jakbyśmy chodzili rozgrzanymi uliczkami Jerozolimy, jakbyśmy smakowali karpia po żydowsku, jakbyśmy byli świadkami wspominanych zdarzeń. 

Przed wyjazdem do Izraela dobrze jest  przeczytać „Balagan”. Można uniknąć syndromu jerozolimskiego i zaoszczędzić sobie psychicznego bałaganu.


Paweł Smoleński, „Balagan. Alfabet Izraelski”, wyd. AGORA SA, Warszawa 2012

środa, 26 czerwca 2013

Zło jest wszędzie



„W literaturze nie tyle się pojawiła, ile mocno już uplasowała autorka z własnym językiem, frazą, znajomością świata, głową na karku i licznymi historiami do opowiedzenia.”* Miał rację Jerzy Pilch kiedy w swoim Dzienniku napisał tak o Joannie Bator. Ale – nadal cytując Pilcha – powiedzieć, że Ciemno, prawie noc to język żyjący własnym życiem i historie nim opowiedziane, które brzmią, jak gdyby ktoś odkrył je dla literatury po raz pierwszy, „to nic nie powiedzieć”.

Warszawska dziennikarka, Alicja Tabor, wraca po latach do rodzinnego Wałbrzycha, by napisać reportaż o zaginionych w niejasnych okolicznościach dzieciach. Jest reporterką – kolekcjonerką historii, ale nie spodziewa się, że aż tylu opowieści przyjdzie jej wysłuchać ani, że będzie główną bohaterką kilku z nich.
 
Ciemno, prawie noc, to powieść z elementami horroru, romansu, baśni, kryminału, wreszcie z autentycznym wątkiem z II wojny światowej i tworzącym monumentalną oprawę Zamkiem Książ. Osadzona, po raz kolejny w przypadku Bator, w wałbrzyskich realiach, okazuje się przede wszystkim książką o złu. Wszechobecnym, nie do zlikwidowania i nie do ominięcia. Złu w najczystszej postaci, ale i tym wyglądającym całkiem niewinnie pod płaszczykiem chorobliwie utożsamianej z katolicyzmem polskości.

Tak, to jest bardzo polskie zło – przybierające kształt krzyża, wszystkich świętych i odcisków na kolanach. Przemawiające głosem szaleńców, którzy w obronie tych polskich kształtów nie cofną się przed niczym. 

Bator genialnie sportretowała społeczeństwo uzależnione od składania siebie w ofierze Wielkiej Sprawie. Tak wielkiej, że wielkości jej pojąć nie sposób, ale właśnie to dowodzi, że sprawa jest słuszna i, obowiązkowo, najwyższej wagi. Właśnie dlatego też za wszelką cenę należy bezpardonowo atakować tych, którzy z etatowymi męczennikami nie chcą mieć nic wspólnego.

W Ciemno, prawie noc nowy wymiar zyskał nie tylko język powieści. To także barwna dokumentacja tzw. języka nienawiści. Fragmenty utrzymane w konwencji internetowych wpisów bez wahania uznać można za wybitne. Ale frustracje masowo wyrzucane przez internetowe okno na świat to tylko jedna z wielu paranoi. Będzie ciemno, coraz ciemniej. O tym, czy uda się poznać prawdę i tak zdecyduje czyjaś historia. 
 
*J. Pilch, „Dziennik”, s. 117.

(Joanna Bator, "Ciemno, prawie noc", W.A.B., Warszawa 2012) 

To jest oficjalna recenzja: