Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lutego 2013

Im dalej w las, tym ciemniej.

Poczynając od Dantego, który „straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi w głębi ciemnego znalazł się lasu”, a na Mrocznej Puszczy Tolkiena kończąc, las od początku istnienia literatury fascynował i przerażał, tworząc świat zamknięty sam w sobie, narracyjną metaprzestrzeń. Natomiast Ramsey Campbell, niedoceniany w Polsce pisarz grozy, bardzo zręcznie z tego motywu skorzystał.

„Najciemniejsza część lasu” opowiada o rodzinie Price'ów mieszkającej na skraju starego lasu Goodmanswood. Najstarszy z rodu, Lennox, stracił rozum i życie w trakcie badania halucynogennych właściwości rosnącego tam mchu. Jego żona wykorzystuje puszczę do swoich artystycznych eksperymentów, młodsza córka Sylwia odczuwa ogromną potrzebę przemierzania lasu, mimo zaawansowanej ciąży, a wnuk Lennoxa, Samuel, coraz częściej cierpi na zaburzenia pamięci. I tylko najstarsza córka Heather, matka Sama, zdaje sobie sprawę z zagrożenia, które czyha na jej rodzinę w nieprzeniknionej kniei.

Price'owie padają ofiarą zagadki, która od bardzo dawna czeka na rozwikłanie. Im bliżej są jej rozwiązania, tym większe i potężniejsze siły im zagrażają. Czytelnik natomiast pogrąża się razem z nimi w coraz bardziej oderwaną od rzeczywistości przestrzeń: nieprzyjazną, nieprzejednaną i nieludzką.

Campbell osiąga efekt grozy bez rozlewu krwi, bez zmasakrowanych ciał, bez, tak popularnych ostatnio, żywych trupów. Wręcz przeciwnie, źródła strachu szuka tam, gdzie na przykład H.P. Lovercraft – w świecie prastarych legend, które nigdy nie powinny zostać odkryte. I mimo że nie każdy fan gatunku rozsmakuje się w takiej atmosferze, to jednak na pewno znajdzie się duża grupa, potrafiąca docenić oldschoolowy sposób na stworzenie horroru.

Może warto czasem sięgnąć po coś, czego dla odmiany nie napisał Stephen King, który niemiłosiernie rozpycha się na rynku grozy. Można się całkiem pozytywnie zaskoczyć.



Ramsey Campbell, „Najciemniejsza część lasu”, przeł. Iwona Michałowska – Gabrych, wyd. Książnica, Katowice 2010

piątek, 12 października 2012

Bunt współczesnego pana



Guy Grieve, autor książki „Zew natury. Moja ucieczka na Alaskę”, jeszcze całkiem niedawno przemierzał korporacyjne korytarze, a jego życie kręciło się wokół zarabiania pieniędzy i pisania projektów, które były nikomu niepotrzebne. Któregoś dnia stwierdził, że jeśli natychmiast nie przestanie być trybikiem w tej maszynie, to zwariuje i wpadł na przewrotny pomysł wyjazdu do alaskańskiej dziczy. Problem w tym, że był mężem i ojcem dwójki dzieci.

Nie przeszkodziło mu to jednak w wykonaniu planu i, rzeczywiście, kilka miesięcy później był już w interiorze, przygotowując się do wyprawy pod okiem rdzennych mieszkańców Galeny, małego miasteczka położonego nad brzegiem Jukonu. W sumie nic wielkiego, nie on pierwszy wpadł przecież na pomysł ucieczki od cywilizacji i zaszycia się w głuszy.  
Autor daje nam jednak okazję przyjrzenia się takiej podróży z każdej możliwej perspektywy. I tak, możemy się dowiedzieć jak własnoręcznie wybudować chatę z bali, jak uniknąć pożarcia przez niedźwiedzia i w jaki sposób najlepiej dbać o latrynę stojącą  na sześćdziesięciostopniowym mrozie. Całość opisana z dużym poczuciem humoru, ale i szacunkiem do natury i ogromu tej mitycznej krainy, która od wieków przyciąga wszelkiego rodzaju indywidua. 

Tym, co na początku drażni, jest pozorny egoizm Grieva. No bo co to za facet, który wyjeżdża sobie na rok do możliwie najniebezpieczniejszego miejsca na świecie, a w domu zostawia żonę i dwoje małych dzieci? Na dodatek nie mając jakiegoś wielkiego doświadczenia w survivalu? 

W tym przypadku jednak chodzi chyba o coś innego niż dezercja. Razem z biegiem wypadków i pór roku,  autor szybko przekonuje się o tym, co jest dla niego najważniejsze i przechodzi swoistą przemianę, a my dowiadujemy się, że ta podróż to nie był zwykły kaprys żółtodzioba przyzwyczajonego do tego, że wszędzie prowadzi go GPS. Chodzi tu raczej o konieczność sprawdzenia się i przeżycia wielkiej przygody, która ostatecznie pozwoliła mu bardziej docenić rodzinę i stać się lepszym ojcem. 

Każdy szanujący się miłośnik Jacka Londona powinien więc zaopatrzyć się w „Zew natury”, jest to bowiem książka praktyczna i uniwersalna na wielu płaszczyznach. Taki swoisty przewodnik o tym, jak uciekając można przy okazji odnaleźć siebie, a  z miłośnika kotów stać się fanem psów zaprzęgowych. 


Guy Grieve, „Zew natury. Moja ucieczka na Alaskę.”, przeł. Anna Kosińska, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010

czwartek, 4 października 2012

Ludzkości portret własny



Od momentu pojawienia się na świecie bomby atomowej, różne państwa straszą się nawzajem możliwością powtórki z Hiroshimy, a Zimna Wojna zasiała w ludzkich umysłach ziarno niepokoju. Co jakiś czas kiełkuje ono w czyjejś wyobraźni i powstają nowe wizje postnuklearnej rzeczywistości. Pamiętam, z jakim zapałem grało się w "Fallouta" i "Stalkera". Jak "Neuroshima" poruszała we mnie i moich znajomych jakąś strunę niepokoju. Bo przecież to wszystko mogłoby się wydarzyć. Wystarczy, że któryś z wielkich tego świata naciśnie odpowiedni przycisk.

W powieści Dmitry'a Glukhovskiego „Metro 2033” nie ma już jednak żadnych wielmożnych władców. Nuklearna zagłada ogarnęła wszystko, niedobitki ludzkości kryją się w moskiewskim metrze, które dzięki swojej unikalnej konstrukcji stało się wielkim schronem przeciwatomowym. Problem w tym, że na powierzchni zadomowili się nowi mieszkańcy, o których wiadomo tylko tyle, że nie są ludźmi,  nawiedzają mieszkańców podziemi i są przerażający. 

Główny bohater, Artem, mieszkaniec stacji WOGN, zostaje wplątany w misję ratowania resztek ludzkiego świata. Ten młody człowiek, pozbawiony w gruncie rzeczy jakichkolwiek cech charakterystycznych, wyrusza w podróż po kolejnych stacjach, odkrywając przy tym ludzką naturę i swój własny, różniący się nieco od podziemnej normalności, charakter.

Każda kolejna stacja, to nowe zaskoczenie. Są neofaszyści nastawieni nieprzyjaźnie do Czeczenów. Są komuniści, krzyczący o potrzebie ogólnoświatowej rewolucji. Są sataniści wierzący, że metro to przedsionek piekieł, i sekciarze widzący wokół siebie korytarz wiodący wprost do nieba. Są w końcu wyznawcy Wielkiego Czerwia, boga od początku do końca wymyślonego, którzy myślą, że tunele powstały za sprawą ogromnego robaka pożerającego ziemię.

„Metro 2033” to przede wszystkim próba pokazania, że ludzkość jest niezmienna. Ze swoim dążeniem do władzy i wiary, choćby zamknięta pod ziemią i skazana na zagładę, wciąż podąża ścieżkami, które wcześniej okazały się niejednokrotnie ślepymi zaułkami ideologii. Razem z Artemem, który patrzy na wszystko przez nieskażony żadną wiarą i poglądami pryzmat, przekonujemy się, że może nasz czas już się skończył i trzeba zejść ze sceny ewolucji, pozwalając na postęp jakimś mniej autodestrukcyjnym istotom. 

Bo metafora metra, z całym ogromem korytarzy i odnóg, z czyhającą dookoła grozą i czymś nienazwanym, czającym się w ciemnościach, to tak naprawdę obraz nas samych. Beznadziejnych i głupich w swoim dążeniu do znalezienia w tych zaułkach jakiegokolwiek sensu.


Dmitry Glukhovsky, „Metro 2033”, przeł. Paweł Podmiotko, wyd. Insignis, Kraków 2010

sobota, 15 września 2012

Z historią w tle



Polska historia miała swoje humory. Ciągłe zmiany ustrojów, politycznych nastrojów, wojny, wielonarodowość i położenie geograficzne nie sprzyja przecież dziejowemu spokojowi. Jakkolwiek jednak tragiczna, stanowi sama w sobie opowieść najciekawszą ze wszystkich. I jeśli tylko umiejętnie wykorzystana w literaturze,  to dobra powieść powinna napisać się właściwie sama.

Gutowska – Adamczyk najwidoczniej dobrze o tym wiedziała. Cykl „Cukiernia pod Amorem” opowiada dzieje rodziny Zajezierskich. Ta fikcyjna familia zamieszkująca Mazowsze była jednym z najznamienitszych polskich rodów na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Oprócz nich są jeszcze Hryciowie i Cieślakowie reprezentujący inne klasy społeczne, a co za tym idzie, dodające książce prawdziwości i kolorytu. Razem z narratorką, żyjącą współcześnie, odkrywamy fascynującą historię zaginionego pierścienia, który staje się jednocześnie pretekstem do zaglądania w przeszłość. 

Mnogość bohaterów i zawiła niczym scenariusz opery mydlanej fabuła z początku mogą onieśmielać, ale to tylko pozory i lepiej od razu wziąć tydzień wolnego, bo już po chwili od książki całkiem dosłownie nie można się oderwać. I nawet tacy zagorzali przeciwnicy wszelkiego rodzaju „powieści kobiecych” jak ja znajdą dla siebie w „Cukierni pod Amorem” jakieś literackie smakołyki. 

Autorka zrobiła bowiem coś zupełnie niesamowitego. Mianowicie, odczarowała historię. Uwspółcześniła ją i pokazała w ujęciu tak interesującym, że prawdopodobnie nie byłoby problemu z zainteresowaniem lekturą przeciętnego licealisty, wpatrzonego zazwyczaj w ekran komputera. A to jest coś!

Ogrom pracy włożony w odtworzenie języka epoki naprawdę wzbudza szacunek. Opisane z pietyzmem przedmioty codziennego użytku, wszelakie potrawy, obyczaje i zabobony dodają książce charakteru i nawet wielkie i często nierealne namiętności przestają trącić myszką. 

Odważne posunięcie – w czasach postmodernistycznego bełkotu napisać prostą historię, opowiedzianą od A do Z, bez zbędnych komplikacji i drugiego dna. 

Małgorzata Gutowska Adamczyk, Cykl „Cukiernia pod Amorem”, tom I „Zajezierscy” 2010, tom II – "Cieślakowie" 2010, tom III "Hryciowie" – 2011, wszystkie części wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa

sobota, 25 sierpnia 2012

Trzeci poziom czytelniczego piekła

Apokaliptyczne klimaty mają w sobie coś pociągającego: Kosmici z "Dnia Niepodległości”, ogromny meteor w „Armagedonie”, przemagnesowanie biegunów w „2012”. Każdy wie, że nie są to filmy najwyższych lotów. Nie zmienia to jednak faktu, że mają ogromną oglądalność. Ludzie uwielbiają patrzeć na niezłomną walkę gatunku homo sapiens ze złowieszczymi siłami natury. A że w tego typu opowieściach  jest to zazwyczaj walka wygrana, nasze ego rośnie. Ulrich Hefner ze swoim „Trzecim poziomem” idealnie wpisuje się w ten nastrój końca świata.

Wybrzeże Stanów Zjednoczonych nawiedzają supertornada. Trup ściele się gęsto, miasta znikają z powierzchni ziemi, krew, pożoga i zniszczenie ogarniają cały kraj. Grupa bohaterów, wśród których są parapsycholog, badaczka snów, prowincjonalny szeryf i specjalista od klęsk żywiołowych, zaczynają podejrzewać, że tornada mogą nie być pochodzenia naturalnego. Dochodzą do wniosku, że albo właśnie nadszedł koniec świata, albo w grę wchodzi ingerencja człowieka, a to, jak wiadomo, oznacza spisek. 

Pomysł może niezbyt oryginalny, ale przy dobrym wykonaniu na pewno można by z niego wycisnąć pokłady dobrej, komercyjnej rozrywki. Hefner jednak nie dość, że nie porywa, to jeszcze wszystko niepotrzebnie udziwnia. Jest tu i amazońska szamanka o zdolnościach parapsychicznych, tajemnicza choroba astronautów, rosyjski marynarz o nagle rozbudzonych skłonnościach psychopatycznych i wiele, wiele więcej. 

Przez naładowanie zbędnymi historiami i nudną narracją, tych pięćset stron staje się prawdziwą drogą przez mękę i wręcz zaczynamy się modlić o jakiś Armagedon. Bohaterowie są niezróżnicowani i, lekko mówiąc, nie potrafią wykazać się jakimkolwiek przebłyskiem intuicji czy inteligencji. Wątek romansowy jest zupełnie niewiarygodny, a do tego miszmaszu dołożyć trzeba jeszcze rozdziały do złudzenia przypominające prognozę pogody. 

Niech „Trzeci poziom” stanie się dla mnie nauczką, a dla innych przestrogą, że nie należy kupować książek w sklepach chemicznych. Zwłaszcza, gdy są tańsze od proszku do prania. 

Ulrich Hefner, „Trzeci poziom”, przeł. Paweł Wieczorek, wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2010