Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Ambitny początek



„Czarny dom” to pierwsza część trylogii kryminalnej autorstwa Petera Maya. Książka ma się ukazać w lutym bieżącego roku nakładem wydawnictwa Albatros i na pewno warto zwrócić na nią uwagę, chociażby ze względu na to, co piszą o niej w „The Independent”: „…jedna z najlepszych serii kryminalnych ostatnich lat”. W tym przypadku rozgłoś medialny jest jak najbardziej uzasadniony. 

Główny bohater, Fin Macleod, to policjant, który niedawno stracił syna. Pogrążony w głębokiej depresji, mający problemy w małżeństwie mężczyzna dowiaduje się, że musi wrócić do pracy – w jego rodzinnych stronach popełniono morderstwo, a on, jako jedyny w wydziale, umie mówić po gaelicku. Fin powraca więc na Lewis, najbardziej wysuniętą na północ szkocką wyspę, aby rozwiązać sprawę. 

Na pozór wszystko wygląda jak dawniej. Surowy krajobraz, głęboko wierzący ludzie, regionalne zwyczaje i zabobony. Szybko okazuje się jednak, że to tylko pozory. Przyjaciele Fina są już całkiem innymi ludźmi, z którymi nie może znaleźć wspólnego języka. Na dodatek każdy wydaje się podejrzany.  Okazuje się, że pozornie łatwe dochodzenie doprowadzi głównego bohatera do tajemnic dotyczących jego własnej przeszłości. 

„Czarny dom” sekrety odkrywa stopniowo. Dzięki zmiennej narracji, oprócz opisu dochodzenia, mamy też wgląd w dzieciństwo i młodość Fina, które są równie zagadkowe, co tajemnica morderstwa. Wraz z biegiem wydarzeń bohater orientuje się bowiem, że to on sam jest kluczem do rozwiązania sprawy i bez emocjonalnego zaangażowania nie uda mu się niczego osiągnąć. 

Peter May niezwykle sugestywnie opisał ludzkie słabości i egoizm. Dodatkowo dał nam unikalną możliwość poznania prawdziwych obyczajów odosobnionej społeczności, w której liczą się wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie, od setek lat. 

Z niecierpliwością czekam na wydanie całej serii po polsku. 

Peter May, „The Blackhouse: Book One of the Lewis Trilogy”, wyd. Quercus Books, 2011

poniedziałek, 12 listopada 2012

Prawdziwy page turner

Harlan Coben jest znany polskim czytelnikom głównie jako autor książek kryminalnych. Od wielu lat jego powieści nie schodzą z list bestsellerów, doczekał się także ekranizacji. Zanim jednak stał się tak  popularny, napisał thriller medyczny pt. „Klinika śmierci”, wydany w USA już w 1991 roku. Niestety polscy czytelnicy musieli się  sporo naczekać, bo rodzime wydanie ujrzało światło dzienne dopiero dwadzieścia lat później. A szkoda, bo gdybym zaczynała przygodę z Cobenem od tej pozycji, to mogłabym go nawet polubić.

Akcja jest osadzona w Ameryce lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Świat dopiero zaczął uczyć się o wirusie HIV, a już było wiadomo że żadna choroba nie wywołała nigdy takiego społecznego napiętnowania i wrogości. Mówiło się, że jest to plaga narkomanów i homoseksualistów, którzy sami są sobie winni, nie zachowując wstrzemięźliwości. Choroba stała się prawdziwą wodą na młyn konserwatystów i religijnych fanatyków. 

Kiedy ktoś zaczyna mordować gejów w makabryczny sposób, początkowo nikt nie łączy ze sobą kropek. Sprawa komplikuje się dopiero, gdy wychodzi na jaw, że wszystkie ofiary były pacjentami kliniki zajmującej się leczeniem wirusa HIV, gdzie odkryto lek na tę nieodwracalną chorobę. Szybko okazało się też, że wyzdrowienie grupki ‘zwyrodnialców społecznych’ jest komuś bardzo nie na rękę. 

„Klinika śmierci” ma wszystko, czym powinien cechować się dobry thriller. Wywołuje dreszcz emocji, strony przewraca przerzucam w tempie ekspresowym, a akcja toczy się zaskakująco szybko.  Kiedy już zaczynamy podejrzewać ‘kto za tym wszystkim stoi’, Coben odwraca bieg wypadków o sto osiemdziesiąt stopni, powodując konsternację i zdziwienie.

Tym, co może drażnić, jest moralizatorski ton, zakrawający momentami na banał. Ale sam autor mówi, że napisał tę książkę jako młodzik, stawiający pierwsze kroki w literackim świecie, więc można mu wybaczyć. Zwłaszcza, że jego głos popierał tolerancję i równe prawa dla wszystkich grup społecznych.

Harlan Coben, „Klinika śmierci”, przeł. Robert Sudół, wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011


sobota, 15 września 2012

Z historią w tle



Polska historia miała swoje humory. Ciągłe zmiany ustrojów, politycznych nastrojów, wojny, wielonarodowość i położenie geograficzne nie sprzyja przecież dziejowemu spokojowi. Jakkolwiek jednak tragiczna, stanowi sama w sobie opowieść najciekawszą ze wszystkich. I jeśli tylko umiejętnie wykorzystana w literaturze,  to dobra powieść powinna napisać się właściwie sama.

Gutowska – Adamczyk najwidoczniej dobrze o tym wiedziała. Cykl „Cukiernia pod Amorem” opowiada dzieje rodziny Zajezierskich. Ta fikcyjna familia zamieszkująca Mazowsze była jednym z najznamienitszych polskich rodów na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Oprócz nich są jeszcze Hryciowie i Cieślakowie reprezentujący inne klasy społeczne, a co za tym idzie, dodające książce prawdziwości i kolorytu. Razem z narratorką, żyjącą współcześnie, odkrywamy fascynującą historię zaginionego pierścienia, który staje się jednocześnie pretekstem do zaglądania w przeszłość. 

Mnogość bohaterów i zawiła niczym scenariusz opery mydlanej fabuła z początku mogą onieśmielać, ale to tylko pozory i lepiej od razu wziąć tydzień wolnego, bo już po chwili od książki całkiem dosłownie nie można się oderwać. I nawet tacy zagorzali przeciwnicy wszelkiego rodzaju „powieści kobiecych” jak ja znajdą dla siebie w „Cukierni pod Amorem” jakieś literackie smakołyki. 

Autorka zrobiła bowiem coś zupełnie niesamowitego. Mianowicie, odczarowała historię. Uwspółcześniła ją i pokazała w ujęciu tak interesującym, że prawdopodobnie nie byłoby problemu z zainteresowaniem lekturą przeciętnego licealisty, wpatrzonego zazwyczaj w ekran komputera. A to jest coś!

Ogrom pracy włożony w odtworzenie języka epoki naprawdę wzbudza szacunek. Opisane z pietyzmem przedmioty codziennego użytku, wszelakie potrawy, obyczaje i zabobony dodają książce charakteru i nawet wielkie i często nierealne namiętności przestają trącić myszką. 

Odważne posunięcie – w czasach postmodernistycznego bełkotu napisać prostą historię, opowiedzianą od A do Z, bez zbędnych komplikacji i drugiego dna. 

Małgorzata Gutowska Adamczyk, Cykl „Cukiernia pod Amorem”, tom I „Zajezierscy” 2010, tom II – "Cieślakowie" 2010, tom III "Hryciowie" – 2011, wszystkie części wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa

piątek, 24 sierpnia 2012

Teoria strun w praktyce


Jake Epping jest zwykłym nauczycielem angielskiego i bardzo daleko mu do dziejowego bohatera. Ale to ma się zmienić, bo Jake znajduje na zapleczu podłego baru przejście do przeszłości. Konkretnie, do roku 1958.  To jednak nie wszystko. Powierzona zostaje mu misja zmiany dziejów. Przecież uratowanie Prezydenta Kennedy’ego sprawi, że historia Stanów i całego świata potoczy się zupełnie inaczej. Ale czy zmiana biegu wydarzeń jest w ogóle dopuszczalna?

Na popularnym motywie podróży w czasie King snuje opowieść z ogromną zręcznością i pietyzmem. Z każdego zdania przebija tęsknota bohatera za starym, dobrym porządkiem rzeczy i światem, w którym ludzie są bliżej siebie. I gdyby tylko można było jakoś uniknąć paradoksu, który tworzy się podczas wchodzenia w czasoprzestrzenną jaskinię, po przeczytaniu „Dallas ‘63” prawdopodobnie każdy chciałby się cofnąć do przeszłości. 

Miejsce człowieka w autostopie mknącym przez galaktykę jest jednak z góry ustalone i nie ma co się kłócić ani szarpać, bo można doprowadzić do katastrofalnych konsekwencji. Jake Epping zaistniał w momentach, które nie były przeznaczone dla niego, co w krótkim czasie skierowało go na ślepy tor historii. 

Pytania zadawane przez Kinga są więc bardzo aktualne. Czy fizyka kwantowa ma przełożenie na namacalną rzeczywistość? Czy naruszając odwieczny porządek świata ludzie nie posuwają się przypadkiem za daleko? Odpowiedzi są dwie: i tak, i nie.

Gdybym więc mogła cofnąć się w czasie i uderzyć w piersi, przepraszając, że Stephen King był mi do tej pory zupełnie obojętny, to i tak bym tego nie zrobiła. Widocznie musiałam poczekać na spotkanie z „Dallas ‘63”, żeby go w końcu polubić i zacząć doceniać specyficzny typ prozy, która wcześniej wydawała się nudna i przegadana. 

Stephen King, „Dallas ‘63”, przeł. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011