Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

Oswajanie potwora

O raku mówi się po cichu albo wcale. I nie ma co się dziwić, bo druga taka choroba nie istnieje. Wzbudza przerażenie, porusza wyobraźnię, a przede wszystkim – jest niewiadomą. Nigdy nie można być do końca pewnym, że raz zaleczona nie zaatakuje ponownie. Susan Sontag, która zmarła w 2004 roku po długiej walce z nowotworem, pisała:  „Mit choroby jest czasem gorszy od samej choroby”. Siddhartha Mukherjee w książce „Cesarz wszech chorób. Biografia raka” potwierdza to przypuszczenie, ale jednocześnie robi wszystko, żeby raka odmitologizować. 

Począwszy od pierwszych przypadków, a na współczesnej onkologii kończąc, „Cesarz wszech chorób” to wyczerpujący zapis naszej walki  z nowotworami. Z jednej strony historia lekarzy, którzy praktycznie na oślep próbowali leczyć coś, co wymykało się wszelkiej logice. Metodą prób i błędów eksperymentowali, aby stworzyć coś podstawy współczesnej medycyny. Nierzadko była to walka nieuczciwa, powodowana nadmiernymi ambicjami i chęcią wyprzedzenia konkurentów, czasami wręcz ocierająca się o nieetyczność.

Z drugiej strony to opowieść o pacjentach. Zwykłych ludziach, którzy w momencie postawienia diagnozy wkroczyli do innego świata – rzeczywistości eksperymentów, przypuszczeń i złudnej nadziei. Mukherjee opisuje nam ich przypadki z emocjonalnym zaangażowaniem, które być może nie przystoi onkologowi, ale z drugiej strony sprawia, że ci współcześni wojownicy nie zostaną zapomniani.

„Cesarz wszech chorób” to w końcu także opis dojrzewania do bycia lekarzem. Mukherjee przeplata rozdziały swoimi własnymi doświadczeniami. Bez zbędnego sentymentalizmu opowiada o zwątpieniu, strachu i niedomaganiach medycyny. 

Poza tym, „Cesarz” to bardzo przystępnie napisana literatura popularnonaukowa. Autor prowadzi nas za rękę po niezrozumiałym i zagmatwanym świecie medycyny, onkologii i genetyki. Robi to jednak w sposób tak przemyślany, że nawet laik, który o raku słyszał tylko z rodzinnych opowieści, zrozumie jak trudna do wyleczenia i zrozumienia jest to choroba. 

Biorąc pod uwagę fakt, że jedna na cztery osoby w przyszłości zachoruje na nowotwór, „Cesarz wszech chorób” to literatura obowiązkowa dla każdego. Oby więcej książek, które z taką empatią i otwartością podchodzą do ludzi skazanych, w najlepszym razie, na lata morderczej walki. 

Siddhartha Mukherjee, „Cesarz wszech chorób. Biografia raka”, przeł. Jan Dzierzgowski, Agnieszka Pokojska, wyd. Czarne, Wołowiec 2013

piątek, 4 stycznia 2013

Słowo heretyka

Rozszczepiamy atomy, przeszczepiamy narządy, łazik Curiosity na bieżąco przesyła zdjęcia z powierzchni Marsa. Czy w takim razie żyjemy w epoce rozumu? Ależ skąd. Przecież księża ostrzegają przed kolejnym zamachem na „tradycyjny model rodziny”, z każdej strony czyha na nas duchowe zagrożenie, a prezydentem USA o mało co nie został człowiek, który wierzy w magiczną moc bielizny. Nie tylko ja mam problem z tym społecznym dysonansem. Sam Harris także.

„Koniec wiary”, książka wydana w Stanach Zjednoczonych w 2004 roku, to taki podręcznik niewierzenia. Autor nie wchodzi jednak w żadną filozoficzną dyskusję mającą na celu udowodnienie, że boga nie ma. Od razu przyjmuje takie założenie, jednocześnie krok po kroku unaoczniając do czego prowadzi zbiorowa halucynacja współczesnej religijności.

Obrywa się wszystkim. I bardzo słusznie, bo czytając Harrisa nie można oprzeć się wrażeniu, że religijnych ludzi różnią jedynie szczegóły. Jezus, Allah, Jahwe: to tylko nazwy. Co za różnica, skoro wiara w każdego z nich prowadzi do odrzucenia wszelkich zasad logiki i dogmatów rozumu? Dzień w dzień naukowcy dostarczają nam kolejnych dowodów na to, że światem rządzą proste, uniwersalne prawa, nie mające nic wspólnego z jakimkolwiek bytem astralnym. Jednak są tacy, którzy nadal uparcie wierzą. A jeśli nie jesteś jednym z nich, to automatycznie nie zaliczasz się do „normalnego” społeczeństwa.

Najbardziej obrywa się chyba muzułmanom. W prosty i przejrzysty sposób Harris udowadnia, że islam nie jest, nigdy nie był i nigdy nie będzie religią pokoju. Gdyby jeszcze autor wziął te kontrowersyjne pomysły prosto ze swojej głowy, to może rozdział o islamistach nie byłby tak przerażający. Ale cytaty z Koranu dotyczące walki z niewiernymi, czyli z nami, zestawione jeden po drugim, nawet bez komentarza ze strony autora, są naprawdę niepokojące. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy do czynienia z eskalacją społecznego niezadowolenia na Bliskim Wschodzie.

Jeśli po tym wszystkim czytelnik nie jest przekonany, to Harris wbija ostatni gwóźdź do trumny zabobonu, fascynująco opowiadając jaką rolę w religijnym szaleństwie pełnią nasze uwarunkowania neurobiologiczne. Okazuje się, że naukowe przyglądanie się ludzkiej religijności prowadzi do jednoznacznych wniosków: każdy, nawet najmniejszy bożek, pochodzi prosto z naszej głowy. Cała mistyczna tajemnica obraca się w pył.

Szkoda tylko, że „Koniec wiary” wydano u nas dopiero teraz. Być może gdyby stało się to wcześniej, paru „obrońców krzyża” nie musiałoby kwitnąć pod pałacem prezydenckim. Może byliby wtedy zajęci lekturą Harrisa, co wszystkim wyszłoby na dobre. 


Sam Harris, "Koniec wiary", przeł. Dariusz Jamrozowicz, wyd. Błękitna Kropka, Nysa 2012

piątek, 23 listopada 2012

Chciałabym mieć TAKIEGO dziadka!

James Randi jest dla sceptyków i racjonalistów na całym świecie tym, kim Stephen Hawking jest dla świata fizyki.  Ten osiemdziesięcioczteroletni, niewinnie wyglądający pan, wywołuje ataki panicznego strachu wśród wszelkich wróżek, magów, współczesnych czarownic, homeopatów i głosicieli New Age. Po przejściu na emeryturę zajął się bowiem tropieniem przekrętów w pseudonaukowych, które zagnieździły się w  twierdzeniach szarlatanów,  podających się za autorytety. Fundacja jego imienia przekaże milion dolarów każdemu, kto w naukowych warunkach udowodni zdolności paranormalne.  Ale czek, który Randi nosi przy sobie od kilkudziesięciu lat, raczej szybko nie zostanie spieniężony. Jako były iluzjonista, znający wszystkie triki i metody oszukiwania naiwnych, na pewno wie, co robi.

W książce „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, wydanej w USA w 1982 roku, Randi daje nam wgląd w swoje metody obnażania kłamstw, a każdy rozdział poświęcony jest innemu rodzajowi zjawisk ‘nadprzyrodzonych’.  Poprzez fotografie elfów z początków dwudziestego wieku, po domniemane zdolności Uri Gellera, który był w Stanach bardziej popularny niż Anatolij Kaszpirowski w Polsce, na wszelakiego rodzaju kultach kończąc, mamy okazję zbadania tych, pozornie niewytłumaczalnych, zjawisk.

Okazuje się, że po bliższej analizie, praktycznie każde niewyjaśnione zdarzenie można racjonalnie i naukowo wytłumaczyć. Wielu szarlatanów, obnażonych przez autora, posługuje się bowiem metodami wziętymi wprost ze sceny przedstawienia magicznego. Są w tym tak biegli, że nawet autorytety ze świata nauki dały się zwieść prostym, tanim sztuczkom, których, przy odrobinie wytrwałości, nauczyć się może każdy.

James Randi. żródło: http//www.quickmeme.com
Niektórzy krytycy zarzucają Randiemu złośliwość i wyolbrzymiony upór. W końcu jakie zagrożenie stwarza wiara w jakieś idiotyzmy? Czy ktoś TAK NAPRAWDĘ da się na to nabrać? Otóż da, i to łatwo. Pseudonauka to nie tylko śmieszne hokus pokus telepatów, ale też, jak najbardziej realne, ofiary. Na przykład ludzie, którzy uwierzyli, że homeopaci mogą wyleczyć ich z raka, że zioła to panaceum na AIDS, w końcu, że szczepionki powodują autyzm. Trudno się dziwić, że Randi używa wszelkich dostępnych środków do walki z zabobonem.

Mimo, że od pierwszego wydania książki mija trzydzieści lat, temat jest jak najbardziej aktualny. Kramiki z wróżkami ustawiają się na deptakach nadmorskich kurortów, horoskopy przychodzą smsem, biznesmeni konsultują swoje decyzje z biorytmem, a dzieci w szkołach pytają na fizyce, czy należy się bać nadchodzącej apokalipsy.

Szkoda, że w Polsce jest tak mało publikacji tego typu, bo wnioski wyciągnięte z lektury mogą nauczyć, że w pierwszej kolejności należy wierzyć dowodom i nauce.

James Randi, „Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele”, tłum. Zygmunt Kubasiak, wyd. Pandora Books, Wrocław 1994