Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lipca 2014

Opłacalny biznes



W wydanej kilka lat temu książce Zbrodnia. Twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictwem E. Benjamin Skinner dowodził, że obecnie na świecie żyje więcej niewolników niż w którymkolwiek momencie historii. Meksykańska dziennikarka, Lydia Cacho podążyła śladem zniewolonych kobiet i dziewczynek – ofiar handlu ludźmi w celach seksualnych. Niewolnice władzy to kilkanaście reportaży z najróżniejszych zakątków świata, które sama autorka nazwała „mapą niewolnictwa XXI wieku”.

Żeby ją stworzyć wykonała tytaniczną pracę. Często (nie jest to nadużycie) z narażeniem życia, pod nosem przestępców i na ich celowniku. Dzięki temu głos w książce, oprócz ofiar, mają także handlarze, członkowie ich rodzin, pracownicy administracji państwowej, ale także kobiety, które, będąc niegdyś na miejscu ofiar, obecnie doskonale potrafią nimi manipulować.

Mimo wprowadzania przez kolejne kraje ustawowych zakazów handlu ludźmi, skala zjawiska nie zmniejsza się. Formalne zaostrzenia przepisów powodują jedynie wycofanie problemu z oficjalnego obiegu. Jako główną przyczynę takiego stanu rzeczy wskazuje Cacho nierówności społeczne pogłębiane przez seksizm. Dziennikarka nie ma wątpliwości, że handel kobietami w celach seksualnych przyczynia się do tworzenia rodzaju kultury, w której zniewolenie staje się czymś oczywistym i traktowane jest jak mniejsze zło, a nawet forma pomocy wypracowana dla kobiet przez model patriarchalny. W Niewolnicach władzy pojawia się istotne pytanie o granice. Wielu handlarzy ludźmi odnosi się do pojęć takich jak poczucie moralności czy wolność. Kobiety są jej pozbawione, ale mężczyźni z kolei uważają, że możliwość przedmiotowego traktowania kobiet świadczy o pełnym, męskim wyzwoleniu.

Cacho idzie tropem, którym podążał w książce McMafia. Zbrodnia nie zna granic Misha Glenny. Działalność przestępców porównuje do sposobu funkcjonowania kapitalistycznych przedsiębiorstw. Niewolnictwo korzysta na liberalizacji rynku podobnie jak inne sektory. Chodzi tu – tak jak wszędzie – o maksymalne zyski połączone z obniżeniem kosztów. Seksbiznes w naturalny sposób łączy się z gałęziami przestępczymi, takimi jak działalność mafii czy karteli narkotykowych, przemycanymi przez nie towarami i pieniędzmi lokowanymi w rajach podatkowych, które napędzają gospodarki poszczególnych krajów, uzależniając je coraz bardziej od dochodów pochodzących z nielegalnych źródeł. Przestępcy, politycy i policjanci chronią siebie nawzajem i skrupulatnie dzielą zyskami. Kto i po co miałby zmieniać taki układ?

Mimo, że jest to pytanie retoryczne, trudno oprzeć się wrażeniu, że Cacho szczerze wierzy, że można się tej hydrze aktywnie przeciwstawiać. Brzmi to trochę naiwnie, bo z Niewolnic władzy jednoznacznie wynika, że walka z seksualnym wyzyskiem kobiet dla nikogo z grona decydentów nie jest priorytetem. W żadnym stopniu nie zmniejsza to jednak szacunku dla jej zaangażowania i wielkiej odwagi. 
 
(Lydia Cacho, „Niewolnice władzy. Przemilczana historia międzynarodowego handlu kobietami”, przeł. Katarzyna Kuś, Paweł Wolak, Wydawnictwo MUZA S.A., Warszawa 2013)

To jest oficjalna recenzja: 

poniedziałek, 5 maja 2014

Miłość, seks, śmierć i nerwica natręctw



W Killerze Andrija Lubki killerów jest tak naprawdę dwóch. Reszta to perwersyjni loserzy, recydywiści, karierowicz konfrontujący się z klimakterium żony, wiecznie pijani studenci, wiecznie pijani wizjonerzy, niespełnieni poeci i nerwica natręctw gratis. Lubka-prozaik w żadnym wypadku nie ucieka od znanego czytelnikom Lubki-poety. Jest precyzyjny i liryczny, uważnie się przygląda.

Motorem tej prozy jest wielka miłość w każdej formie: czysto fizycznej, wyobrażonej, nieprawdopodobnej, urojonej. Może zacząć się jakkolwiek: na przykład latem kiedy spotykają się jakaś ona, jakiś on i głos wewnętrzny powtarzający mu: „Przeleć bliźniego swego” (How I spent my summer). Może być tylko wspomnieniem (Maleńka improwizacja na fortepian). Może się wydarzyć, ale to w sumie nic pewnego (Kobieta z piasku). W moim ulubionym opowiadaniu Czechow, który żył wewnątrz mnie, bohater, w którego wnętrzu zamieszkał Anton Pawłowicz połyka miniaturowe meble, bo wydaje mu się, że właśnie to uszczęśliwi współlokatora. Miłość do pisarza jest tak wielka, jak nadzieja, że ten uczucie odwzajemni albo przynajmniej doceni poświęcenie. Niemożliwe w Killerze nie istnieje.

Inspirację Czechowem widać zresztą nie tylko w tym opowiadaniu. Bohaterowie Lubki mają w sobie coś z czechowowskiego „człowieka w futerale”. Odizolowani, znudzeni, obojętni, za chwilę opętani. Funkcjonują dzięki popadaniu w skrajności i to ich balansowanie na granicy i jej przesuwanie odbywa się konsekwentnie, w imię zasad. Zabójstwo jest w tym wypadku formą ekstremalną, ale w Killerze, oprócz zabijania z miłości, zabija się samą miłość (konsekwentnie, w imię zasad). Przy czym wszystkie związane z tym dramaty, tęsknoty i końce świata perwersyjnych loserów, recydywistów, karierowicza konfrontującego się z klimakterium żony, wiecznie pijanych studentów, wiecznie pijanych wizjonerów, niespełnionych poetów śmieszą, bo Lubka chce, żeby nas śmieszyły. Działa przy tym nie jak killer, tylko strzelec wyborowy. Nie jest mistrzem w wymyślaniu i opowiadaniu historii – jest za to ich rasowym łowcą. 

(Andrij Lubka, "Killer", przeł. Bohdan Zadura, Biuro Literackie, Wrocław 2013)

To jest oficjalna recenzja:

 

środa, 2 kwietnia 2014

To nie jest powieść Helgasona



„Charles Bukowski z Islandii”, „szalona opowieść o XX i XXI wieku”, „Helgason nie ma dla nas litości. Tnie ostrzem satyry, wrzuca w szalony wir historii, każe patrzeć na świat oczami ekscentrycznej staruszki. Jak nikt inny potrafi oddać szaleństwo współczesnego świata, pisać o sprawach przejmujących i trudnych w sposób ironiczny i pełen humoru” – te zapewnienia wydawcy w żadnym razie nie wydawały mi się nadużyciem. Poprzednia wydana w Polsce powieść Helgasona, "Poradnik domowy kilera” to był literacki koktajl mołotowa. Dlatego w wypadkuKobiety w 1000°C” oczekiwałam błyskotliwej literatury.

Osiemdziesięcioletnia Herbjörg María Björnsson (mówcie jej Herra) mieszka w garażu z laptopem i „ukochanym” granatem ręcznym z czasów II wojny światowej. Towarzyszą jej jeszcze dwa kartony pal malli, które ma nadzieje wypalić, zanim umrze na zaawansowanego raka płuc. Wie, że musi się spieszyć. Pomiędzy odpalaniem papierosa od papierosa, bryluje na portalach społecznościowych. Ma na nich kilka kont, ale najczęściej korzysta z tego, które rzekomo należy do islandzkiej Miss World 1988, Lindy Pétursdóttir. Jako Linda koresponduje z ludźmi z całego świata (przy czym najczęściej wybiera czarnoskórych fanatyków siłowni z innego kontynentu). Kiedy już odpowie na ich wiadomości, może poświęcić nieco czasu na przeglądanie skrzynki mailowej swojej synowej i jej kochanka.

Herra może i nie ma nic wspólnego z  Miss World 1988, ale jest za to wnuczką pierwszego prezydenta Islandii. Gdybyście chcieli zapytać, dlaczego wnuczka pierwszego prezydenta Islandii mieszka w garażu, od razu możecie się powstrzymać. Oczywiście dlatego, że tak chce. Dobra, nie ma sensu kłamać. Herra i tak ma przed sobą nie więcej niż kilka tygodni życia. Umówiła się  już nawet telefonicznie na kremację – wszyscy wiedzą, że brakuje terminów. Kolejka zwłok do rozgrzanego do 1000°C pieca krematoryjnego ciągle się wydłuża, a Herra czekać nie zamierza – w końcu nie ma powodu, żeby zmieniać się kilkanaście dni przed śmiercią. Ale mogłaby właściwie to swoje życie podsumować. Może o nim opowiedzieć? Od lat trzydziestych ubiegłego wieku aż do teraz: wojna światowa, podróże na kilka kontynentów, powstanie niepodległej Islandii, w końcu kryzys tego kraju, który „szeroko rozstawia przed wszystkimi nogi”. Herra zaczyna mówić.

Herra zaczyna mówić i jej opowieść wciąga bez reszty. Szkoda, że dość szybko zastępuje ją „przegadanie” i pióra znanego mi Helgasona jest w niej coraz mniej. Mam dziwne wrażenie, że niewytłumaczalnie zaczyna brakować samej fabuły, a książka jakby się urywa. Językowo – też totalna przepaść. Sprawdzam nazwisko tłumacza i - niemałe zaskoczenie – widzę, że książkę przetłumaczyła Alicja Rosenau, autorka doskonałych przekładów Herty Müller, Aglai Veteranyi czy Karla-Markusa Gaußa. Książka islandzkiego pisarza przetłumaczona na polski z języka niemieckiego – rozwiązanie absurdalne, niemniej praktykowane na rynku wydawniczym. Zresztą trudno uwierzyć w to, że tłumaczka nagle straciła umiejętności. W wypadku „Kobiety…” przeskok jakościowy jest wręcz niepojęty – tak jakby od znakomitej powieści przejść w stronę nudnego, urywanego czytadła.

Chciałam poszukać czegoś na temat innych przekładów tej książki i trafiłam na wpis na blogu www.pozapsem.blogspot.com. Po przeczytaniu pomyślałam, że nie powinnam pisać recenzji tej książki. Helgason mnie rozczarował. Być może rzeczywiście „Kobiecie w 1000°C” wiele brakuje do „Poradnika domowego kilera”. Może jest w Helgasonie coś z Murakamiego i woli on pisać po angielsku niż w ojczystym języku („Poradnik…” powstał po angielsku właśnie). Tylko czy można to ocenić, czytając de facto książkę wybrakowaną, której wydawca posłużył się przekładem niepełnego przekładu, wrzucił na okładkę kilka krzykliwych zdań i oczekiwał sukcesu? To nie jest powieść Helgasona, tylko pewna część tego, co zamierzał napisać, przedstawiona polskiemu czytelnikowi przy pomocy podwójnego tłumaczenia. Żenujące, że została wydana w takiej postaci.

(Hallgrímur Helgason, „Kobieta w 1000°C. Na podstawie wspomnień Herbjörg Maríi Björnsson”, tłum. Alicja Rosenau, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2013)

To jest oficjalna recenzja:


 

piątek, 28 marca 2014

Nieuleczalnie chory na politykę



Aleksandr Łukaszenko przedstawiony w tej książce w szaleńca zmienia się stopniowo – najpierw jest konsekwentnie myślącym strategiem. Jego „portret polityczny” to historia człowieka, który „nieuleczalnie zachorował na politykę”*, ale jest w niej o wiele więcej niż niewyczerpane pokłady cynizmu, kłamstwa i postępująca degeneracja władzy. Przede wszystkim on sam – ktoś, kto stwarza od podstaw samego siebie i staje się wytworem własnego systemu.

Chłopak wychowany na wsi, bez ojca, który długo nie mógł przebić się na jakiekolwiek ważniejsze stanowisko, zostaje prezydentem i jest nim nieprzerwanie od dwudziestu lat – fenomen? Walerij Karbalewicz uważa, że bez wątpienia. Posługując się przykładami z białoruskich mediów, odtwarza nie tylko polityczną biografię Łukaszenki, ale – co zdecydowanie bardziej fascynujące – pokazuje sposób, w jaki zmieniało się jego myślenie o samym sobie, władzy i możliwościach jej utrzymania.

Karbalewicz nazywa Łukaszenkę „wyraźnym typem outsidera w hierarchii radzieckiej”**. Outsider dostrzegł swoją szansę w pieriestrojce i doskonale wiedział, że nie może jej nie wykorzystać. Krytykował ówczesne władze, grzmiał o wszechobecnej korupcji, wyliczał skradzione, państwowe ruble. Do tego miał coś, czego innym białoruskim politykom zabrakło – bezbłędnie wyczuwał nastroje tłumu. Kiedy wyborcy mu zaufali, opowiadał się za niepodległością Białorusi. Gdy, wystraszeni demokracją, zatęsknili za Związkiem Radzieckim, on tęsknił razem z nimi i obiecywał, że zachowa stare struktury w nowym państwie. Był niekwestionowanym liderem. Co ciekawe, liderem, który został dyktatorem przy użyciu demokratycznych metod.

Karbalewicz mocno akcentuje różnicę między „zachodnią” definicją demokracji, a tym, jak rozumieją ją mieszkańcy republik postsowieckich, dla których jest ona niczym innym, jak możliwością wybrania sobie „ojca”. Przywileje dla Ojca Narodu-Łukaszenki były tylko kwestią czasu. Przymykanie oczu na łamanie przez niego prawa (nawet tego, które sam, bez konsultacji, ustanawiał) – także. Uwaga nowo wybranego prezydenta bardzo szybko przeniosła się na słupki poparcia – był to zdecydowany krok w stronę współczesnej Białorusi. Karbalewicz porównuje ją do prywatnego sowchozu prezydenta, dla którego nie ma znaczenia, że to, co sprawdza się na terenie sowchozu, ma się nijak do kierowania krajem.

Łukaszenko stał się człowiekiem fizycznie potrzebującym władzy. Jego jedynym celem jest polityczne przetrwanie. Stworzył system, w którym odpowiada literalnie za wszystko, a jednocześnie został jego niewolnikiem. Białoruskie poczucie państwowości po upadku Związku Radzieckiego nie zdążyło się wykształcić, bo wszelkie procesy, które mogłyby temu sprzyjać, bezwzględnie zablokował. Tym samym, to właśnie on pozostaje jedynym gwarantem białoruskiej państwowości. Koniec Łukaszenki to koniec systemu, który stworzył dla samego siebie i na razie chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie skali transformacji (nawet jeśli byłaby to transformacja w inny reżim), jaką musiałby przejść kraj, gdyby prezydenta zabrakło.

Książka Karbalewicza doskonale uzupełnia tematyczną lukę i pozwala zrozumieć przyczyny diametralnie różnego odbioru Łukaszenki na Białorusi i w innych częściach świata. Może szokować tych, dla których białoruski prezydent to tylko i wyłącznie nieobliczalny dyktator, ale na pewno zaintryguje niepowierzchownością. Nawet jeśli kogoś odstraszy słowo „polityczny” w tytule, warto spojrzeć na nią, jak na historię o wymarzonej, nieograniczonej władzy, która staje się klątwą. 
 
*W. Karbalewicz, Aleksandr Łukaszenko. Portret polityczny, s. 24.
**W. Karbalewicz, Aleksandr Łukaszenko. Portret polityczny, s. 19.

(Walerij Karbalewicz, „Aleksandr Łukaszenko. Portret polityczny”, przekład Kamil Kłysiński, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Warszawa 2013)

To jest oficjalna recenzja: