„Charles Bukowski z Islandii”, „szalona
opowieść o XX i XXI wieku”, „Helgason nie ma dla nas litości. Tnie ostrzem
satyry, wrzuca w szalony wir historii, każe patrzeć na świat oczami
ekscentrycznej staruszki. Jak nikt inny potrafi oddać szaleństwo współczesnego
świata, pisać o sprawach przejmujących i trudnych w sposób ironiczny i pełen
humoru” – te zapewnienia wydawcy w żadnym razie nie wydawały mi się nadużyciem.
Poprzednia wydana w Polsce powieść Helgasona, "Poradnik domowy kilera” to
był literacki koktajl mołotowa. Dlatego w wypadku „Kobiety w 1000°C” oczekiwałam błyskotliwej literatury.
Osiemdziesięcioletnia Herbjörg María Björnsson
(mówcie jej Herra) mieszka w garażu z laptopem i „ukochanym” granatem ręcznym z
czasów II wojny światowej. Towarzyszą jej jeszcze dwa kartony pal malli, które
ma nadzieje wypalić, zanim umrze na zaawansowanego raka płuc. Wie, że musi się
spieszyć. Pomiędzy odpalaniem papierosa od papierosa, bryluje na portalach
społecznościowych. Ma na nich kilka kont, ale najczęściej korzysta z tego,
które rzekomo należy do islandzkiej Miss World 1988, Lindy Pétursdóttir. Jako
Linda koresponduje z ludźmi z całego świata (przy czym najczęściej wybiera czarnoskórych
fanatyków siłowni z innego kontynentu). Kiedy już odpowie na ich wiadomości,
może poświęcić nieco czasu na przeglądanie skrzynki mailowej swojej synowej i
jej kochanka.
Herra może i nie ma nic wspólnego z Miss World 1988, ale jest za to wnuczką
pierwszego prezydenta Islandii. Gdybyście chcieli zapytać, dlaczego wnuczka
pierwszego prezydenta Islandii mieszka w garażu, od razu możecie się
powstrzymać. Oczywiście dlatego, że tak chce. Dobra, nie ma sensu kłamać. Herra
i tak ma przed sobą nie więcej niż kilka tygodni życia. Umówiła się już nawet telefonicznie na kremację – wszyscy
wiedzą, że brakuje terminów. Kolejka zwłok do rozgrzanego do 1000°C pieca krematoryjnego
ciągle się wydłuża, a Herra czekać nie zamierza – w końcu nie ma powodu, żeby
zmieniać się kilkanaście dni przed śmiercią. Ale mogłaby właściwie to swoje
życie podsumować. Może o nim opowiedzieć? Od lat trzydziestych ubiegłego wieku
aż do teraz: wojna światowa, podróże na kilka kontynentów, powstanie
niepodległej Islandii, w końcu kryzys tego kraju, który „szeroko rozstawia
przed wszystkimi nogi”. Herra zaczyna mówić.
Herra zaczyna
mówić i jej opowieść wciąga bez reszty. Szkoda, że dość szybko zastępuje ją „przegadanie”
i pióra znanego mi Helgasona jest w niej coraz mniej. Mam dziwne wrażenie, że
niewytłumaczalnie zaczyna brakować samej fabuły, a książka jakby się urywa. Językowo
– też totalna przepaść. Sprawdzam nazwisko tłumacza i - niemałe zaskoczenie –
widzę, że książkę przetłumaczyła Alicja Rosenau, autorka doskonałych przekładów
Herty Müller, Aglai Veteranyi czy Karla-Markusa Gaußa. Książka islandzkiego
pisarza przetłumaczona na polski z języka niemieckiego – rozwiązanie absurdalne,
niemniej praktykowane na rynku wydawniczym. Zresztą trudno uwierzyć w to, że
tłumaczka nagle straciła umiejętności. W wypadku „Kobiety…” przeskok jakościowy
jest wręcz niepojęty – tak jakby od znakomitej powieści przejść w stronę nudnego,
urywanego czytadła.
Chciałam
poszukać czegoś na temat innych przekładów tej książki i trafiłam na wpis na blogu www.pozapsem.blogspot.com. Po
przeczytaniu pomyślałam, że nie powinnam pisać recenzji tej książki. Helgason
mnie rozczarował. Być może rzeczywiście „Kobiecie w 1000°C” wiele brakuje do
„Poradnika domowego kilera”. Może jest w Helgasonie coś z Murakamiego i woli
on pisać po angielsku niż w ojczystym języku („Poradnik…” powstał po angielsku
właśnie). Tylko czy można to ocenić, czytając de facto książkę wybrakowaną,
której wydawca posłużył się przekładem niepełnego przekładu, wrzucił na okładkę
kilka krzykliwych zdań i oczekiwał sukcesu? To nie jest powieść Helgasona,
tylko pewna część tego, co zamierzał napisać, przedstawiona polskiemu
czytelnikowi przy pomocy podwójnego tłumaczenia. Żenujące, że została wydana w
takiej postaci.
(Hallgrímur Helgason, „Kobieta w 1000°C.
Na podstawie wspomnień Herbjörg Maríi Björnsson”, tłum. Alicja Rosenau,
Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2013)
To jest oficjalna recenzja: